piątek, 30 marca 2018

Od Alyssy

Leżała wpół przytomna. Słyszałam rozmowę dwóch kobiet. Nie byłam pewna o czym rozmawiały. Wydawało mi się że rozmawiają w innym języku. Po chwili byłam pewna. Dopiero wtedy dotarło do mnie że nie wiedziałam kim jest druga kobieta.
Nie wiem ile minęło czasu aż w końcu moja porywaczka przyszła do mnie.
-Wstawaj suko-kopnęła mnie.
W odpowiedzi tylko jęknęłam. Byłam za bardzo wyczerpana. Moje ciało było całe poranione a we krwi miałam sporo tojadu. Zaczynałam się powoli poddawać.
Jedyne co trzymało mnie przy świadomości to chęć zobaczenia chociaż ostatni raz mojej rodziny, przyjaciół i... Sama. Chciałam go zobaczyć. Ledwo co go znałam jednak wiedziałam że jest kimś dla mnie ważnym. W snach śniłam o tym że ratują mnie, że wracam do domu. Jednak coraz bardziej było realne to że umrę tu sama.. W katuszach. Nie wiedziałam czy jest coś co mogliby mi zrobić by mnie zabolało bardziej niż to co robili dotychczas.
-Nie słyszałaś?! Wstawaj!!!
Dostałam drugi raz z kopa w brzuch. Wyplułam krew. Próbowałam się podnieść jednak nie byłam w stanie.
-Nie zdycham tak szybko. Zabawa się rozkręca. Twoi znajomi nas szukają. Przenosimy się. Pozwolimy im by znaleźli to miejsce. Zmartwiony ich widok twojej krwi.
Nim się zorientowałam wybiła mi jakiś róż w nogę. Krzyknęłam. Złapałam się za świeżą ranę. Krew sączyła się bardzo szybko.
W pomieszczeniu i tak było już wystarczająco mojej krwi.
Ktoś złapał mnie i przerzucił przez ramię.
-Uciapie mi ubrania-odparł jakiś mężczyzna.
-Nie gadaj tylko zabieraj ją stąd. Za niedługo przyjdzie tu jej odsiecz a nas ma tu już dawno nie być. Max zacierają po nas ślady-odparła wampirzyca na końcu zwracając się do czarownika.
Świat wirował. Miałam okropne mdłości. Czułam jednak że wraz z krwią z mojego ciała wydostaje się tojad.
Miałam nadzieję tylko że zrobi to szybciej niż krew.

***

Obudziłam się w kompletnie innym miejscu. Była to jakaś piwnica w jakimś domu.
-Zabezpieczyłeś nas???
-Tak. Założyłem silne zaklęcie na dom. Nikt, żadna istota nadnaturalna się tu nie dostanie bez zaproszenia.
-No i super.
Związał mnie znowu linkami nasączonymi tojadem. Nie czułam już tak bardzo pieczenia. Za bardzo byłam osłabiona.
Miałam nadzieję że ktoś mnie uratuje albo że moje cierpienie długo nie potrwa.

*** ***

Obudziłam się siedząc na jakimś krześle. Byłam mocno zdezorientowana. Do piwnicy weszła obca mi wampirzyca.
-Widzę że już się obudzilas. To dobrze. Chciałabym bys była przytomna kiedy to zrobię.
-Kim jesteś???
-Możliwe że o mnie słyszałaś.
-Co chcesz zrobić?? Zabije mnie???
-To by było za łatwe.
Uśmiechnęła się ukazując kły. Zaczęłam się szarpać jednak wiele to nie dało bo byłam przywiązania do krzesła.
Wampirzyca podeszła do mnie od tyłu odslonila moja szyję przesuwając włosy na drugą stronę i zatopić we mnie kły.
Kilka razy widziałam jak wampir się karmi. Wiedziałam że nie jest to przyjemne dla ofiary jednak pierwszy raz ktoś karmił się mną.
Ból był ogromny. Czułam jak z każdym łykiem wampirzyca zabiera cząstkę mojego życia.
Krzyczałam. Nikt mnie nie słyszał. Nikt nie przyszedł z ratunkiem.
Wampirzyca po kilku minutach oderwała się ode mnie i obeszla krzesło. Widziałam spod przymróżonych powiek jak moja krew spływa z kącikow jej ust.
-Masz bardzo pyszna krew. Zastanawiam się jak ten twój wampir powstrzymuje się przed zatopieniem w tobie kłów.
Nie wyssała wszystkie krwi ze mnie ale wystarczająco bym po chwili straciła przytomność.
Co jakiś czas przychodziła. Akurat kiedy odzyskiwalam przytomność. Dawała mi wody do picia a raczej zmuszał mnie do tego poczym znowu karmiła się mną.
Szyja po kilku rażąco przyzwyczaila się do bólu.

czwartek, 29 marca 2018

Od Christiana

   Ja i Sam podejrzewaliśmy, że była to na pewno siostra lub też partnerka tamtego wampira. Jednak cóż, nie powiem, że nie bawiło mnie to. Mój brat wręcz przeciwnie, panicznie i energicznie nie przestawał jej szukać, nawet, gdy o tym nie wiedziałem. Dowiadywał się o nowych tropach, ostatnie skupisko wampirów było w Mystic Falls, ale wątpiłem, że tam się zaszyli. To biedne martwe dziewczę nawet nie miało pojęcia, z kim zadarło. Nie jednych mordowaliśmy, nie jedno rozwiązaliśmy i nie z takimi jak ona mieliśmy do czynienia... bądź też inne czary mary... Zawsze ze wszystkiego wychodziliśmy cało. A co jak co - wampiry będą się rozmnażać i inne będą mniej lub bardziej pokręcone i powalone. A my, jako dzieci Volturii... musieliśmy takich usuwać albo naprostować.
   Gdy przyszedłem na umówione spotkanie z chłopakami Sam zerknął na mnie zdziwiony. Ja jednak zastanawiałem się bardziej... czego nowego dziś się dowiemy? Wolałem mieć to za sobą i nie trzymać Alexa i Cath zbyt blisko siebie. Nie to, że się czegoś obawiałem, po prostu chciałbym by trzymał swój zakuty łeb z daleka. Mimo tego, że jego partnerką stadną jest ta wilczyca. To wcale o niczym nie świadczy. Najważniejsze - żeby nie dowiedział się, że to on jest ojcem Ethana.
-Co nowego? - spytał Jacob, teraz znacznie milej nastawiony do sytuacji. Chyba przespał się z tym, że musi z nami współpracować... wyjdzie nam to wszystkim na lepsze.
-U nas nic, żadnych zapachów, śladów. Wszystko idealnie ukryte.
-A jednak - odparł Sam. - Ja trafiłem a trop... może mało znaczący, jednak w naszej wampirzej stolicy Mystic Falls jest prawdopodobieństwo, że może tam się kryć. Jest tam duże stężenie magii, zakaz bytowania wilkołaków, ogromna ilość dzikiego tojadu i metrowe tunele pod miastem. Idealne miejsce.
-Tojad? Przecież to trujące...
-Nie bez powodu macie tam zakaz wstępu. - parsknąłem śmiechem.
-I tak tam dla niej wejdę, w dupie mam wasze zakazy...
-Wtedy będziemy musieli cię zabić. - wzruszyłem ramionami - Nikt z was nie ma tam wstępu. A nie będę was usprawiedliwiał przed szanownym sądem Volturii, oni i tak nikogo nie słuchają. Wkopiesz swoją siostrę, ją też zabiją. Więc zaufaj nam.
-Nie zaufam wam. - warknął Alex.
-Słuchaj - zaczął Sam pokojowo. - Widzisz, żebyśmy mieli tu jakieś inne zamiary niż pomocne?
-Zastanawia mnie tylko czemu...
   Tu mój brat już nic nie powiedział. Wolał nie psuć naszych stosunków w trakcie poszukiwań.
-Można tam jej poszukać. - wróciłem. - Ja poszperałem trochę w naszych rodzinnych księgach, do jaskiń i lochów Mystic Falls mają wstęp każde wampiry, tam wilkołaki mają osłabione zmysły i możliwość przemiany. Nasilone są jednak efekty magiczne, działają lepiej nawet dla kompletnie mało uzdolnionego czarodzieja. W księgach również znalazłem zdjęcia, skoro niektórzy z nas się wybudzili... albo może to być...
-Nie. Lilith nie żyje. - przerwał mi Sam. - Nie i koniec.
   Głos mu zadrżał. Nienawidził jej jak ja, i cała nasza rodzina jak i cały nadnaturalny świat. Każdy znał jej imię i nienawidził. Pieprzona pijawa.
-To ta cała diablica co chciała pół półwyspu spalić i powybijać wilkołaki, czarodziejów i ludzi?
-Tak, zgadza się.
-Christian, daj spokój. To nie ona, poza tym... po co by to robiła.
-Bo jest sprytna. Może wie co nie co o tobie. - spojrzałem znacząco na brata.
-Wtedy Cath musi naprawdę stąd zniknąć... i Ethan też. - szepnął Sam.
-Musi. Ale na razie to postanówmy wszystko sprawdzić, może się mylimy. Może ta wampirzyca to jakaś początkująca i nie działa sama, musimy być na wszystko przygotowani. Może używać verbeny.
-Mamy pierścienie i poza tym to na nas nie działa.
-Załatwmy to. Poczekacie poza Mystic Falls, jasne? - nakazałem. - Gdy nie wrócimy wy wejdziecie. Wejdę ja i Jacob. Po nas Ty i Sam. Będzie rozsądniej.
-Nie lepiej wszyscy razem?
-Nie. Jeśli nie wrócimy będziecie mieli czas na obmyślenie strategii ewentualnego zwołania na Lucy. Czarownica sobie tu poradzi, tym bardziej tak świetna. A tym czasem... zacznijmy zabawę. - uśmiechnąłem się.














   Sam spojrzał na mnie pewny siebie. Lubiłem podkręcać nam do świetnej zabawy, zawsze mordując wampiry bawiliśmy się świetnie. Nie chwaląc się, byliśmy w tym bardzo świetni, perfekcyjni. Mordowanie innych jak wilkołaki, czarodzieje, diablice jak Lilith... nie robiło na nas wrażenia. Żyjemy tyle lat, że nic nas nie zdziwi. Wilkołaki mogły trochę trząść portkami, chociaż nie widziałem tego po nich, przynajmniej po Alexie. Jacob był bardzo niepewnie nastawiony do tej akcji. Musiał je zmienić.
   Gdy zjawiliśmy się na miejscu próbowalismy otworzyć wejście. Nigdy nie było zamknięte na cztery spusty od strony grobowca. Sam spojrzał na mnie wielce zaskoczony.
-Pójdziemy się rozejrzeć, obwąchać coś.
-Idziemy z wami. Możecie mieć problemy łazić po lasach Mystic Falls tak sobie, tu roi się od wampirów. A z nami... raczej nic wam nie grozi. Żadna konfrontacja, a my na to nie mamy czasu.
   Ruszyliśmy. Mogliśmy być w błędnym punkcie, miałem nadzieję, że Cathy jest naprawdę bezpieczna.

Od Cathy

   Trzeba było zacząć działać. Moje pragnienie w mieście się nasilało, potrzebowałam ludzkiej krwi. Przemiana z łap Volturii to inna rzecz niż od normalnego wampira, tak tłumaczyła mi to Lucy. Mojego pierwszego głodu nie zaspokoi krew zwierzęca, więc musiałam udać się czym prędzej na polowanie. Ale... nie chciałam mordować ludzi... Starałam się wytrzymać jak najdłużej.
-Przyda nam się pomoc osoby trzeciej. - mruknął pod nosem Sam.
-Kogo? - warknął Christian.
-Jane. Ona umie kontrolować swoje moce i tworzyć wizje ze wspomnień z miejsc. Może...
-Chyba ocipiałeś. - parsknął mój mąż.
-Jednak... to może dobry pomysł... - zaczęłam.
-Jane nie-po-ma-ga. Uświadom to sobie, skarbie. - przerwał mi nie dopuszczając nikogo do słowa.
-Kto to Jane? - spytał Jacob.
   Odwróciłam się do wilkołaków stojących jak słupy soli obserwując naszą kłótnię.
-Nasza siostra. - sprostował Sam. - Z nią byłoby łatwiej...
-Mamy też czarownicę. Lucy powinna być tu z nami.
-Nie będę jej narażać. - wtrąciłam.
-Co robimy? - przerwał nam Alex.
   Wszyscy ucichli. W końcu Sam zaproponował.
-Może wrócimy wszyscy do domów i jutro spotkamy się tam gdzie dziś, w lesie. Jeśli będziemy działać razem na pewno damy radę.
   Wilki spojrzały po sobie nie do końca pewne.
-Możemy działać osobno, ale wtedy pójdzie nam wolniej. - skomentowałam. - Ja wracam do domu, dziecko na mnie czeka... - machnęłam ręką i postawiłam kroki do przodu.
-Dobra, umówmy się tak. - postanowił Alex.

   W domu mama już spała wraz z tatą a Lucy z Nathanem opiekowali się naszym synkiem. Uśmiechnięta złapałam w obięcia Ethana.
-Długo was nie było. - wstała do mnie Lucy.
-Tak, musieliśmy załatwić pewną sprawę...
-To już się nie powtórzy, Cath będzie tu cały czas.
-Co? Pomogę wam...
-Wyjedziesz z Ethanem. - postanowił nagle Christian. - Potem ja do was dojadę.
-Nie ma mowy, nigdzie cię tu nie zostawię ani Alyssy. - ściągnęłam brwi.
   Nathan wyszedł by zostawić nas samych. Lucy jeszcze się wahała, chciała wiedzieć o co w ogóle chodzi. Jednak nikt nawet nie dał dojść jej do słowa.
-Ryzykujesz życiem naszego syna, Cathy. On jest zagrożony, Aro niedługo zechce zobaczyć nową członkinię Volturii jako wampirzycę, niezwłocznie będzie chciał to sprawdzić. Poza tym, jeśli zobaczy wspomnienia Jane albo Enzo, bo Klaus na pewno się sprzeciwi... to zjawią się tu szybko i zrobią nam piekło.
   Wpatrzona w jeden punkt starałam się ustalić jakąś decyzję. Jednak nie mogłam przecież zostawić Christiana i Alyssy, która potrzebuje pomocy. Nie zniknęłaby bez słowa. Poza tym... Sam tego nie pokazuje ale widzę jak się martwi.












 
-Mamy siebie, obronimy naszego syna. To on się liczy.
   Spojrzał na mnie zrezygnowany i westchnął.
-Musimy coś zrobić, działać. Znam swoją rodzinę. Oni zawsze wszystko sprawdzają, za wiele przeszli, jak ja czy ktoś z mojego rodzeństwa, by odpuścić rzecz, a raczej jedną z wybranek i nowego członka Volturii. To dla nich poważna sprawa.
-Domyślam się, ale wybacz... Kocham Cię, szanuję twoje decyzje ale nie możemy wyjechać właśnie teraz.
   Sam  wszedł do środka drzwiami ogrodowymi. Spojrzeliśmy na niego zdziwieni, ja lekko się uśmiechnęłam. Czasem mnie po prostu rozbrajał.
-Pierwszy raz się zgodzę z moim bratem, Cath. - usiadł na kanapie.
-Jednak ja się nie zgadzam! - odparłam oburzona pół szeptem i wtuliłam w siebie bardziej synka. - Troszczę sie o tych, których kocham i będę ich chronić. A... polubiłam tą dziewczynę, jest siostrą Alexa, poza tym z tego co widzę twoją wybranką. Wybaczcie, ale nie zgadzam się.














   Sam, gdy wspomniałam o Alyssie dziwnie zareagował. Złapał się za głowę i westchnął ciężko. Nagle poczułam potworny głód. Jedną ręką złapałam się za brzuch, drugą podtrzymując Ethana. Lucy w końcu mogła się odezwać, podeszła do mnie powoli.
-Musisz się nakarmić... Wezmę Ethana i go położę.
-Nie, ja chcę go położyć...
   Poszłam do jego kołyski w tymczasowym pokoju w którym spałam ja i Christian i położyłam spać synka. Pogłaskałam go po głowie, przyśpiewałam kołysankę i usnął momentalnie. Uśmiechnęłam się. Kochałam tego małego rozrabiakę, mimo to że uwielbiał wyrywać mi wręcz włosy i podgryzać mi palce swoimi malutkimi kiełkami.
   Lucy została z nim, musiała go pilnować. Nie mogliśmy ryzykować.
   Gdy zeszłam na dół Sam dyskutował już z Christianem. Podskoczyłam na ramiona męża, a ten przerzucił mnie przez ramię i stałam przed nim plecami, objął mnie w pasie a ja wtuliłam się w niego.
-To zemsta za tamtego, ale za co? Alyssa nie jest winna, tylko ty. - główkował Christian.
-Bo... to... to jest wabik. - oświeciło mnie. - Gdybym ja...
-Dajcie spokój... - parsknął Chris.
   Sam uciszył go chcąc mnie słuchać dalej.
-Daj jej mówić.













 -Gdyby mi ktoś zabił ukochaną osobę trafiłabym w czuły punkt, nie bezpośrednio... ale tak, by cierpiały obydwie...
   Sam spojrzał na mnie załamany i jednocześnie zamurowało go. Chyba wolał, by to nie była prawda, widziałam, jak bolało go to, że nie wie co się z nią dzieje i czy ją jeszcze zobaczy. Chyba... chyba by tego nie zniósł, mimo, że krótko sie znają. Ale myślę, że to była i jest miłość od pierwszego wejrzenia.
-Musisz iść na polowanie. Idziemy. - Chris wyszedł z Samem, a ja pobiegłam za nimi.
-A ja to co? - prychnęłam.
-Zapomniałem o tobie, kotku. - zaśmiał się mąż.
-Zasadzę ci kopa...
   Urwałam. Poczułam człowieka. Byliśmy niedaleko drogi na wyjazd z rezerwatu. Chłopaki chyba nawet nie zauważyli kiedy zniknęłam, po prostu zjawiłam się przed autem. Prowadziła jakaś dziewczyna,młoda. Wysiadła, krzycząc na mnie jak oszalała, czy jestem nienormalna, oszalałam itp. Mnie to tylko podsycało, nie panowałam nad tym. Musiałam... Jednak walczyłam ze sobą bardzo wytrwale...











   Upadła ledwo żywa, wykrwawiając się nie mogąc wydusić żadnego dźwięku. Jej tętnica była przegryziona na wylot, gardło rozszarpane. Czułam jak jej krew dociera do moich wymarłych żył, poczułam, jakbym dostała zastrzyk adrenaliny w całe moje ciało. Organizm zaszalał momentalnie, chciałam więcej. Więc wypiłam z niej co do kropli a ona tylko wydawała z siebie dźwięk bólu, tak cichy, że ledwo mój zmysł słuchu mógł w stanie zlokalizować co mruczy pod nosem.
   Opadła martwa na ulicę. Zjawili się chłopaki... nie byli zadowoleni.
-Dobra, zostawiamy ciało. Gardło ma tak rozszarpane, że nawet nikt się niczego nie domyśli. - skomentował zrezygnowany Sam.
-Dobra, uspokój się. - objął mnie Christian.
   Widziałam po nim, było to widoczne nie tylko dla mnie, że źle się czuł z tym, kim się musiałam stać. Ale Jane... uratowała mi życie. Tylko pytanie... tak jak mówił Chris... po co...?

   Rano gdy się obudziłam w łóżku z moim mężem dopiero dotarło do mnie co ja najlepszego zrobiłam. Nie było mi z tym źle, po prostu miałam lekki wyrzut sumienia. Więc... tak to jest, po morderstwie przez wampira...? Zero uczuć, przejęcia, moralnego niepokoju czy współczucia jej rodzinie czy samej osobie zmarłej?
   Wstałam do Ethana i poszłam do kuchni go nakarmić. Rodzice byli w pracy, była tylko Lucy i Nathan którzy jeszcze smacznie spali. Gdy wyglupiałam się z synkiem Chris właśnie się zbierał.
-A Ty gdzie? Idę z tobą...
-Nie. Tym razem zostajesz z naszym synem. Nie pozwolę ci ryzykować. Koniec kropka.
   Nic nawet nie powiedziałam, był tak szybki i konkretny, że zabrakło mi na ten moment jakichkolwiek słów sprzeciwu.
   Może miał rację... musze spędzić dzisiaj czas z synem... Cały dzień tylko we dwoje...

Od Alexa

Że szpitala szybko się wydostalem. Mia zabraniała mi tego i kazała odpoczywać jednak jak miałem odpoczywać wiedząc że gdzieś tam moja siostra jest i pewnie cierpi?! Że ją ktoś krzywdzi?! I tak dobijałam mnie fakt że jej nie obroniłem. Była moją malutką siostryczką. Dobrze pamiętam jeszcze jak ledwo co stawiała kroki albo jak łaziła wszędzie za mną i chłopakami. Zawsze wpadła w kłopoty, była jak wielki magnez przyciągający tarapaty. Moim obowiązkiem było ją bronić.
Nie podobało mi się to wszystko. To że musiałem razem z wampirami jej szukać. Nienawidziłem ich za wszystko. Miałem ochotę rozszerzać Christiana i Sama. Cathy Jak mogła pozwolić by ją zamienili z trupa? Nie rozumiałem tego. Wolałbym umrzeć niż stać się jednym z nich.
Zatrzymaliśmy się na parkingu pod szpitalem gdzie ostatni raz widziano moją siostrę oraz w miejscu gdzie ukrywał się trop.
-Nie rozumiem jak mogli ją póścić samą.. - odparł ten Sam.
-Jakby nie wy pewnie nic by się nie stało. - burknąłem pod nosem.
-Coś się ostatnio wydarzyło o czym nie wiemy?? - zapytał Jacob.
-Co masz na myśli? - zapytała Cathy.
-Wszystko. - odparłem za Jacoba.
-Nie wiem.. Jedyne co się ostatnio stało a wiem o tym to to że zaatakował ją jakiś młody wampir.
-Co? - zapytałem wściekły.
-Spokojnie. Zabiłem go. To na pewno więc nie on ją porwał.
-Gdzie to miało miejsce??
-Kawałek stąd.
-Dziwne że została zaatakowana niedaleko szpitala i teraz też niedaleko szpitala urywa się jej trop.. - podsumowała Cathy.
Zadzwonił mój telefon. Dzwoniła Mia. Nie odebrałbym jednak mogło to być coś ważnego.
-Tak???
-Alex... Właśnie jestem u was bo szukałam jakiegoś tropu... Sprawdzałam laptop Alyssy i dostała ona jakiegoś dziwnego maila.
-Jakiego???
-Tak jakby do kogoś innego..
-Przeczytaj.
-Zemsta będzie słodka.
-Co???
-Też nic nie rozumiem.. Alysse.. Ona miała przecież samych przyjaciół.
-Zemsta będzie słodka...
Nagle dodałem dwa do dwóch.
-Dzięki Mia. Pomogłaś.
Rozłączyłem się i spojrzałem na wszystkich. Cathy miała dziwny wyraz twarzy ale nie przejmowałem się tym.
-Wtedy z tym wampirem ktoś był???
-Nie wiem.. Jak są znalazłem to ten wampir był sam.
-Alysse dostała mail. "Zemsta będzie słodka". Może ktoś się mści za tamtego wampira.
-Tylko jak ją znaleźć???
-Jedno wiemy na pewno. Moja siostra jeszcze żyje.
Wiedziałem to. Czułem to.

Od Alyssy

-Nie!!! - krzyknęła przez sen co mnie obudziło.
Koszmar okazał się jawą. Nadal byłam w tej zatęchłej piwnicy. Nie czułam już praktycznie całego ciała. Zaczęłam pluć krwią.
-Coś złego Ci się śniło? - usłyszałam kpiący głos mojej porywaczki.
-Długo będziecie mnie tu trzymać? - zapytałam tak słabym głosem że zaczęłam się zastanawiać czy w ogóle zapytałam na głos a nie w myślach.
-Wystarczająco-odpowiedziała potwierdzając że udało mi się zadać tamto pytanie.
Miałam mroczki przed oczami.
-Nie odpływaj. Chcemy się jeszcze z tobą pobawić.
Nagle ktoś wysłał coś na mnie. Zaczęłam okropnie krzyczeć. Całe moje ciała zaczęło mnie palić. Spojrzałam na tego czarownik którego dotychczas nie zauważyłam. Wysłał na mnie całe wiadro wody z tojadem.
Widziałam jak moje ciała tam gdzie nie zakrywa łyżwy go ubrania robi się czerwone i zaczyna krwawić. Nigdy przedtem nawet nie miałam styczności z tojadem. W całej okolicy rezerwatu i w nim samym nie było go. Moi przodkowie pozbyli się go. Stanowił dla nas niebezpieczne zagrożenie.
Zaczęłam wymiotować krwią.
-Fuuuu-parsknęła wampirzyca.
-Może ją uleczyć trochę??? - zapytał magik.
-Po co???
-Jak nam za szybko zejdzie???
-Spokojnie. Jest silna.
Nie czułam się taka.
-Zabijcie mnie.. - wyszeptałam.
-Co to to nie kundelku.-odparła wampirzyca chwytając mnie za włosy.
Uderzyła moją głową w ścianę która tylko odbiła się i opadła bezwładnie. Przez tojadem moje rany się nie goiły.
Miałam tylko jedną możliwość która była praktycznie niemożliwa. Musiałam się przemienić. W postaci wilka moje rany uleczyć by się troszkę szybciej pomimo to jadu który to utrudnia.
Skupiła resztki sił i po starałam się przybrać wilczą postać.
-Nie! - powiedziała pijawka.
Poczułam jakąś blokadę. Uniosła głowę i spojrzałam na czarownik który wypowiadał jakieś zaklęcie. Wywnioskowałam że to on blokuje moją przemianę.
Wampirzyca kopnęła mnie w brzuch.
-A to za starania..
Wyszli zostawiając mnie w kompletnym mroku.
Musiałam się stąd jakoś uwolnić. Poczułam chłodny powiew. Obolała spojrzałam się w kierunku źródła powiewu. Dostrzegłam małe okienko. Zebrała resztki sił i doczołgałam się do niego. Magik go musiał wcześniej sobą zasłonić.
Podniosłam głowę i Dostrzegłam gwiazdy.
Szkoda że nie wiedziałam gdzie jestem. Równie dobrze mogli mnie wywieźć na drugi koniec świata. Nie wiedziałam ile tu już byłam.
Powiew świeżego powietrza rozjaśnił mi trochę umysł.
Musiałam walczyć o życie. Zostałam sama. Nie. Mogłam liczyć na to że ktoś mnie znajdzie. Bo niby jak??? Jeśli zastali ślady byłam zgubiona. Musiałam zacząć jakoś działać bo jak tak dalej pójdzie to umrę tu.
Wróciłam myślami do domu. Przypomniałam sobie rodziców. Pewnie się martwią. Byłam ciekawa co u Alexa.. I Sama.
Nie wiem dlaczego ale ten wampir był dla mnie ważny. Wiedziałam jednak jakie to dziwne. No bo wilkołak i wampir?! Przecież te dwie rasy to swoi naturalnie wrogowie! A ja się z nim całowałam...
Powieki zrobiły się ciężkie. Nie mogłam powstrzymać zmęczenia.
Tylko na chwilkę.. Pomyślałam usypiając.

****

Kiedy tylko się obudziłam kamień spadł mi z serca. Nie przyszli jeszcze do mnie.
Przez sen zregenerowałam trochę sił. Zamknęła oczy i postanowiłam się przemienić.
Ogromne było moje ździwienie jak mi się udało!!!
Dzięki przemianie oswobodziłam się z lin. Kuśtykając i potykając się i własne łapy zacząłem się pod drzwiami. To moja ostatnia szansa.
Długo nie musiałam czekać aż przyjdą. Kiedy tylko drzwi się otworzyły skończyłam i zaatakowała wampirzycę. Miałam przewagę ponieważ nie spodziewała się ataku. Zatopiłam swoje kły w jej ramieniu. Krzyknęła i starała się mnie zrzucić.
Trzymałam się mocno. Od tego zależało moje życie.
Poczułam ból w głowie jakby miała mi zaraz eksplodować.
Zobaczyłam magia wypowiadającego jakieś zaklęcie.
Starałam się jednak nie dałam rady. Puściłam się i upadła twardo na ziemię. Starałam się podnieść jednak łapy ugieły się pode mną.
-Ty suko!!! - krzyknęła wampirzyca trzymając się za zraniona ramię.
Wzięła zamach nogą i kopnęła mnie z całej siły w pysk. Upadła kilka metrów dalej.
-Zabiję tę szatę!!!
-Uspokój się. Nie może od razu umrzeć.
-Ugryzł mnie!!!
-Spokojnie.. Uleczę Cię.
Wyłam z bólu. Moje osłabione ciała samo się przemieniło i leżała teraz w kałuży własnej krwi wylatującej z nie wiadomo mi jakiej rany.
Miqłam szansę i się nie udało. Może gdyby zamiast wampirzyca wszedł pierwszy czarodziej...

Od Cathy

   Byłam zdezorientowana. Czułam w środku wielką siłę, a jednocześnie buzujące we mnie gorąco. Moje żyły mi pulsowały, krew wypompowywała się z ciała. Miałam wrażenie, jakbym miała okropną gorączkę.
   Zajęliśmy się pakowaniem. Jak wyruszymy chciałam najpierw pojechać do rodziców i uprzedzić ich o tym, że wyjeżdżamy... No i posiedzieć i pokazać im wnuka. Był cudowny... przecudowny... i tak podobny do Alexa... jednak również coś w nim było z Christiana... Dziwne.
-Bierz torby i jedziemy. - powiedział w pośpiechu Chris. 
   Spojrzałam na niego unosząc brwi obserwując jak chłopaki noszą bagaże. 
-Jedziemy tylko na miesiąc, nie wyprowadzamy się. - skomentowałam. 
-Tego nie wiemy. Może dobrze zrobi nam przeprowadzka zupełnie do innego miasta. 
   Spiorunowałam męża wściekła. 
-Nie, nie zgadzam się na to. 











   Zignorował to co powiedziałam i zaniósł ostatnią torbę zagadując jeszcze się z Samem. O czymś dyskutowali zawzięcie. Słyszałam imię Alyssa,Alyssa,Alyssa... Christian wściekł się gdy o tym mówili, wsiadł do samochodu. Sam miał mnie zawołać, przyszedł chwilę po ich kłótni wściekły.
-Wiem, słyszałam. - uprzedziłam zanim zdążył otworzyć usta. - O co chodzi? 
-Nic...
-Alyssę ktoś porwał? 
-Tak. Niedługo wilkołaki zaczną węszyć. A ja muszę ją znaleźć...
-Dobrze. - wstałam powoli z Ethanem na rękach. - Pomogę Ci tylko odstawię małego do rodziców. 
-Nie, ty nie ryzykuj... - pokręcił głową.
-Sam - położyłam dłoń na jego ramieniu z lekkim uśmiechem. - Pomogę Ci, Christian też. On po prostu... denerwuje się sytuacją...
-Nie możesz zostać, Aro i wujkowie jesli poznają twojego syna...
-Nic nie zrobią. Zaufaj mi. Moi rodzice wiedzą więcej niż mi się wydaje... moja mama... chyba wie jak na to zaradzić. Jedziesz z nami. 
   Pojechaliśmy do rodziców. Była piękna pogoda, mama zachwycała się Ethanem wraz z ojcem, który chyba był zły na Chrisa... myślał, że to on mnie przemienił... 
  Usiadłam z Christianem i Samem w lesie. Ja siedziałam na przewalonym konarze a Christian i Sam główkowali co zrobić. 
-Nie wiemy nawet gdzie ona jest i co z nią. A jeśli po prostu sobie gdzieś wyjechała? Miała dość wszystkiego? - zakpił Christian.
   Wkurzał mnie. 
-Zamknij się lepiej... - westchnęłam i spojrzałam na Sama. - Nie chcesz, nie pomagaj, sama w to wejdę.
-Nie,nie, jak już to ze mną. Oszalałaś. 
   Nagle wyczułam okropny smród zmokłego psa. 
-Czujecie? - spytałam zniesmaczona.
-Wilkołak. - chłopaki odwrócili się do mnie plecami, a przed nimi stanął Alex z Jacobem. 
-Czego? - spytał Christian. 
   Alex od razu ruszył na Sama. Ja w obronie szybko stanęłam między nimi i popchnęłam Alexa na drzewo. 















-Od mojej rodziny trzymaj z dala łapy. - warknęłam. 
-Cath...? Jesteś... pijawką?
-Tak... - odsunęłam się o kilka kroków.  - Inaczej by mnie tu nie było a n... moje dziecko również. Czego chcesz?
-To jego wina, przez niego moja siostra zniknęła! - krzyknął. 
-Zanim zaczniesz kogoś oskarżać zdobądź dowody. - odparł Christian. 
-Chcecie dowodów? - parsknął.
-Widziałem ich na weselu, znikali razem co jakiś czas, ich dziwne spojrzenia... 
-Alex, możemy pogadać sam na sam? - spytałam prosto z mostu. 
   Wszyscy zamilkli. Alex spojrzał na mnie dziwnie, jakby przypomniał sobie tę noc, naszą wspólną, którą właśnie spędziliśmy razem. 
-N...- zaczął mój mąż.
-Daj spokój. - przerwał mu Sam. 
   Poszliśmy tak, by nas nie słyszeli. 
-Co chcesz? - spytał ostro. 
   Zaśmiałam się kpiąc z jego zachowania. 












-Co?
-Bawisz mnie. Od początku mnie bawiłeś. Gdy nadchodziła zmiana zmieniałeś nastawienie na inne, jak chorągiewka. - wzruszyłam ramionami. - Nigdy nie mogłeś się nastawić na jedno, potrzebowałeś prostej relacji...  
-Do czego dążysz?- warknął zirytowany.
-Do tego, że twoja siostra nie musi być jak Ty. Sam chciałeś rzucić wszystko dla mnie, jednak było za późno. A skąd wiesz, że przez zabranianie jej tego i truciu tyłka przez watahę, ustawianie życia z góry uciekła? Albo coś się jej stało przez to, że wasze chore zasady każdemu z was szkodzą. 
-Co ty gadasz w ogóle? Dobrze, że ty zachowałaś się w porządku i masz swoje zasady, nie? 
-O co ci chodzi? - spytałam poważna. 
-O to, że przespałaś się z nim, potem ze mną, chciałaś ze mną być a potem...
-Dość. Znajdę twoją siostrę tylko dlatego, że ją lubię. Nic dla ciebie nie zrobie. - warknęłam i spojrzałam na niego ze łzami w oczach po czym odeszłam.














   Podeszłam do Christiana i przytuliłam go. 
-Już dobrze. - pogłaskał mnie po plecach i włosach.
   Odsunęłam się od Sama i Christiana, mrożąc wzrokiem Jacoba i Alexa który wrócił. Już chyba wiedziałam, dlaczego wampiry i wilkołaki siebie nienawidzili... Po prostu było to we krwi, niezależnie od ras... nienawidziliśmy się... jednak w relacji Sama i Alyssy było coś... ja uważałam, że ona różniła się od reszty. Miałam przeczucie, a raczej byłam pewna, że ta dziewczyna w sobie miała siłę, o której nie miała pojęcia... 
-Idziemy - przerwałam ciszę patrząc na wilkołaki. - Chcecie to się przyłączcie. 
-Nie znamy wroga - wtrącił Christian. 
-Będzie nam raźniej i będziemy czuć się silniejsi mając u boku parę wilkołaków. - dodał Sam. 
-Tylko nie parę, pijawko. - mruknął Jacob. 
-Nie traćmy czasu... - westchnęłam. 
-A Ty... nie czujesz pragnienia? - spytał Jacob patrząc na mnie.
-Czuję i to cholernie, ale na razie mam moralniaka... - wzruszyłam ramionami. - Staram się powstrzymać. 
-Macie pewność, że dziecko jest bezpieczne? - spytał Sam odwracając się do mnie i Christiana. 
-Mamy nadzieję. Mama jest czarownicą, jest Lucy i Nathan, ojciec, emerytowany łowca-sprzymierzeńca... wierzę, że Ethan jest bezpieczny... - zmartwiłam się. 
   Musieliśmy znaleźć Alyssę, choć nie było to łatwe. Jednak w takim zgraniu pójdzie nam to szybciej. Chociaż czułam, że ta przygoda będzie pełna kłótni, nieporozumień i dogryzaniu sobie nawzajem... Najważniejsze było życie dziewczyny. Czułam się w obowiązku ją znaleźć... widziałam, że Sam odchodził od zmysłów. Wiedziałam, że mam jakąś ukrytą umiejętność poprzez to, że zostałam ugryziona przez Jane... jednak... miałam nadzieję, żeby ukazała się w odpowiednim momencie... 

Od Alexa

Otworzyłem oczy. Przynajmniej tak mi się wydawało. Ciemność panowała wszędzie. Po jakimś czasie zaczęło zastępować ją rażące światło.
-Alex?-usłyszałem niewyraźny dźwięk.
Zamknąłem oczy i po chwili znowu je otworzyłem.
-Alex?
Przechyliłem głowę i zobaczyłem dziwnie znajomą mi twarz.
-Alex! Obudziłeś się!
-Mia??-wyszeptałem.
-Ciii... spokojnie...-powiedziała z uśmiechem trzymając mnie za dłoń.
-Gdzie ja jestem?
-W szpitalu. Spokojnie. Wszystko już dobrze.
-Co się stało?
-Miałeś wypadek.
Nie pamiętałem za bardo co się stało.
-Gdzie Alyssa?
-Nie martw się o nic. Odpoczywaj.
-Ile spałem?
-Prawie tydzień.
Mrugnąłem zdezorientowany.
Próbowałem się podnieść jednak nie udało mi się to.
-Leż. Musisz nabrać sił.
Usnąłem wykończony.

***

Kiedy się znowu obudziłem czułem się już lepiej. Odzyskałem też pamięć.
-Mia.. która godzina?-zapytałem.
-Dochodzi 7 wieczorem..
-Ehhh..-westchnąłem-Gdzie reszta?
-Twoi rodzice byli tu z godzinę temu.
-A Alissa?
Mia nic nie powiedziała.
-Alex muszę Ci coś powiedzieć.-zaczęła.
Wzięła moja dłoń i położyła ją na swoim wydętym brzuchu(?!).
-Co..
-Jestem w ciąży.
-Jak to..
-Będziesz tatą.
Zatkało mnie.. Nie wiedziałem co powiedzieć.
-Zaszłam wtedy po imprezie. Dowiedziałam się w 2 miesiącu ale nie wiedziałam jak ci o tym powiedzieć. Jestem już w 3 miesiącu. Za półtora miesiąca rozwiązanie..
Wilkołaki były o połowę krócej w ciąży niż ludzie.
-Nie musisz ze mną się wiązać.. ale chciałabym byś miał kontakt z naszą córeczką.
-To dziewczynka?-zapytałem ucieszony.
-Tak. Nie wybrałam jeszcze imienia.
-Katherina.
-Ładne.. czy to oznacza że..?
-Tak chcę być tatą.-wziąłem jej ręce w swoje-I chcę by nasze dziecko wychowywało się w pełnej rodzinie.
-Alex, na prawdę?
-Wybacz że w ten sposób i bez pierścionka.. ale czy zostaniesz moją żoną?
Nie widziałem innego wyjścia. Czułem coś do Mii jednak nie wiedziałem co. Nie chciałem eż by została samotną matką.
-Tak..
Pocałowałem ją.
-A teraz powiedz co z Alyssą?
Spuściła głowę.
-Nie ma jej od.. trzech dni. Nikt nie wie gdzie jest. Chłopaki podobno wysadzili ja pod szpitalem. Nie przyszła tu i do domu też nie wróciła. Ślad urywa się na parkingu. Chłopaki nieustannie jej szukają. Jacob myśli..
-Co myśli?!
-MA pewne podejrzenia co do jakiegoś wampira.. podobno na weselu Alyssa z nim dziwnie się zachowywali.. Myślimy że może on jej coś zrobił..
-Rozszarpię go jeśli chodź tylko tknął ją palcem..
-Spokojnie. Ty i tak nie możesz stąd wyjść.
-Wyjdę na własne żądanie.
Musiałem szukać siostry.

środa, 28 marca 2018

Od Christiana

   Nie mogłem znieść tego wszystkiego. Jane gdy ugryzła Cathy... moje martwe serce się zatrzymało. Złapałem ją za drobne, lecz diabelskie ramiona i odrzuciłem ją do tyłu, w porę złapała się drzwi i nie uderzyła o ścianę. Rozumiała moje zdenerwowanie, Lucy kazała mnie wyprowadzić. Wszyscy, całe moje rodzeństwo oprócz Sama złapali mnie i wynieśli z domu. Goście szybko się wynieśli... cholera, jak to się mogło tak potoczyć?
   Wściekły odepchnąłem przed domem Klausa i Enzo.
-Co to było, Jane?! - krzyknąłem na nią.
-Nie uratowalibyśmy jej. - odparła z przekąsem, złośliwie się uśmiechając.
-Nie,nie, znam cię. Zrobiłaś to z powodu. Nie masz serca, nie ''ratujesz'' w potrzebie. - pogroziłem jej palcem.
   Czułem jak się we mnie gotowało.
   Parsknęła, i poszła w swoją stronę. Chciałem ją dogonić, ale ze środka wyszedł Sam z zakrwawionymi dłońmi.
   Spojrzałem na nie potem na brata. Nie mogłam wydusić słowa. Sam spojrzał na mnie wymownie, nie wiedząc co powiedzieć. Więc nic nie mówił, tylko pokręcił głową powoli obserwując mnie i moją reakcję.
-Co...? - wyszeptałem. - Zabiję ją! - wrzasnąłem na cały głos, nie wiem, czy wilki to słyszały. Możliwe. Na pewno nie tylko oni.
   Sam zatrzymał mnie, a ja z obrzydzeniem odskoczyłem od niego. Popchnąłem go do tyłu, spojrzał na mnie dziwnie i uniósł ręce.
-Ona żyje, Christian. - przekrzyczał nagle zamieszanie w mojej głowie.
   Odwróciłem się do niego ogłupiały.
-Co?
-W sensie... została jedną z nas... - odparł. - Tylko... Musisz jej odebrać dziecko. Lucy nie podejdzie, ja też nie...
-Odebrać? Jej? Jest jej matką! Gdzie oni są? - ruszyłem do domu lecz Sam zatrzymał mnie dłonią.
-Jest wampirem, nowo narodzonym w dodatku. Może zabić dziecko. To hybryda.
   Zacisnąłem zęby. Wszedłem do środka i ujrzałem Cath wpatrującą się w nasze dziecko.
-Cath... - zacząłem.
   Ona spojrzała się na mnie tylko i spuściła wzrok.












-Nie. - przerwałam mu. - Dajcie mi spokój! - krzyknęła pokazując zęby.
   Syknąłem. Ostro pogrywa. Nie panuje nad agresją, pragnieniem i uczuciami. Musiałem to przerwać, zanim zrobi krzywdę. Podeszłam blisko i powoli.
-Spokojnie, kochanie...
-To chłopiec. - uśmiechnęła się. - Jakie imię wybieramy? - spytała lekko się uśmiechając.
   Wyglądała obłędnie jako wampirzyca. Wszystkie jej kształty uwydatniły się jeszcze bardziej, cera była czysta i krystaliczna lekko błyszcząc się w świetle słońca.
-Ethan? - wyprzedziła mnie. - To cudowne imię...
-Może być Ethan. - pogłaskałem ją po głowie.
   Teraz będzie przesrane... i to dosłownie... Gdy Aro, Marek i Kajus zjawią się tutaj by zobaczyć Cath również będą chcieli zobaczyć dziecko... a jak wytłumaczę im, że jest... hybrydą? Będą chcieli od razu zabić naszego syna. Ona dobrze o tym wiedziała.
-Muszę go zabrać, pewnie jesteś głodna.
-Co? - spytała zaskoczona.
   Jak to? Nie czuła ani nie wiedziała, że jest wampirem...?
-Jane cię przemieniła... jesteś...
-Przemieniła mnie? - wściekła się.
  Tak jak podejrzewałem.
-Cath...
   Zacisnęła zęby, jednak nic nie powiedziała. Trzymała małego na rękach i wstała, po czym poszła do okna.
-Gdzie jest?
-Nie wiem, ale musimy na jakiś czas wyjechać. Co powiesz na miesiąc miodowy? - spytałem prosto z mostu.
   Odwróciła się do mnie i przytaknęła zaniepokojona rozumiejąc co może chodzić mi po głowie.
-Gdzie? - spytała jakby... smutna.
-Co powiesz na Chorwację?
-Za gorąco dla dziecka...
   Spojrzałem na nią kpiąco.
-To dziecko nadnaturalne, nie jest odporne na...
-Jest. - mruknęła przerywając mi.
-To gdzie chcesz wyjechać? Powiedz miejsce...
-No dobrze... - powiedziała po chwili ufając mi.
   Wiedziała, że jestem bardziej doświadczony jednak nie pozwalała sobie wjechać na ambicję ani wejść na głowę.
   Poszliśmy się pakować. Musieliśmy wyjechać jak najszybciej by ojciec ani wujkowie nie dowiedzieli się gdzie jesteśmy... chodziło o dobro Cath i dziecka. A ze mną tutaj nie była wcale bezpieczna. Na jakiś czas musieliśmy wyjechać. Moje rodzeństwo pewnie stanie w naszej obronie, jednak chciałem uniknąć takich sytuacji u nas. Nie były i nie wpływały dobrze na otoczenie... dosłownie...

wtorek, 27 marca 2018

Od Alyssy

Siedziałam z Samem na ławce kiedy usłyszeliśmy zamieszanie. Pobiegliśmy szybko. Sam podbiegł do Christiana. Cathy zaczęła rodzić. Wszyscy goście zostali wyproszeni. Nie chciałam przeszkadzać więc razem z chłopakami wróciliśmy do siebie. 
-Wysadźcie mnie pod szpitalem. Odwiedzę jeszcze Alexa i wyślę Mię do domu.-powiedziałam.
-Na pewno?-zapytał Paul.
-Mogę chyba odwiedzić brata w szpitalu? Dajcie spokój. Teraz już sama nigdzie nie będę mogła iść? Nic mi nie będzie!
Niechętnie ale wysadzili mnie obok szpitala. 
Miałam tylko kawałek do przejścia. 
Ruszyłam. Było późno. Dochodziła 2 w nocy no ale nie mogli mnie wygonić. 
Zbliżałam się do głównego wejścia do szpitala. Musiałam jeszcze ominąć parking dla karetek. 
Nagle ktoś mnie zaszedł od tyłu. Odwróciłam się akurat kiedy napastnik mnie zaatakował. Poczułam ostry ból. Osunęłam się na nogi a po chwili straciłam świadomość.

***

Ciemność panowała wszędzie. Dopiero po jakimś czasie obraz się wyostrzył. Nie wiedziałam gdzie jestem. 

Znalezione obrazy dla zapytania katherine gif

Ledwo mogłam się ruszyć. Całe ciało mnie bolało.
-Co się..-wyszeptałam.
Wszystkie moje zmysły były osłabione. 
-Masz we krwi jeszcze tojad.-usłyszałam.
-Tojad..
Tojad była to roślina która osłabiała wilkołaki tak samo jak werbena wampiry. W większej ilości tojad mógł też nas zabić. Kiedy był w naszej krwi rany nie mogły się goić.
-Czego ode mnie chcesz?-zapytałam.
Dopiero teraz jakaś kobieta wyłoniła się z mroku.
-Nie znam Cię..-odparłam wycięczonym głosem.
-Poznałaś mojego partnera. Odebrałaś mi go. Był miłością mojego życia.
-Co? JA nikogo nie zabiłam..
-Zabiłaś. Nie pamiętasz tego wampira którego przez ciebie zabił tamten z Volturii..
-On mnie zaatakował..
-Zginął przez Ciebie. Teraz ty też umrzesz.. 
Kopnęła mnie, jęknęłam z bólu. Zaczęła związywać moje ręce i nogi. Liny bardo mnie parzyły. 
-Są nasączone tojadem. Teraz nie dasz rady się przemienić.
Kiedy skończyła zostawiła mnie. 
Znajdowałam się chyba w jakiejś piwnicy... albo jaskini. Nie wiedziałam. 
Tojad z lin zaczął wsiąkać w moje ciało poprzez świeżo wypalone rany. Czułam że niedługo znowu odlecę. Próbowałam się uwolnić jednak byłam za słaba. 
-Wypuść mnie!-krzyknęłam.-Ja nic nie zrobiłam!
Nikt jednak nie odpowiadał. 

***

Kiedy znowu się ocknęłam wampirzyca była przy mnie. Jednak nie sama. Obok niej stał jakiś facet.
-Chciałam przedstawić Ci Victora. Jest czarodziejem. Dosyć silnym. Jeśli liczysz na to że twoi przyjaciele czy to wilkołaki cy wampiry Cię znajdą to chciałam Cię poinformować że Viktor zatarł po tobie wszelkie ślady które mogły by ich doprowadzić do ciebie. 
-Po co to robisz?? Nie możesz mnie od razu zabić...
-To by było za łatwe. Chcę byś cierpiała i oni też. Miną dni.. oni będą Cię bezskutecznie szukać jeśli na prawdę im na tobie zależy. Nie znajdą Cię co ich to jeszcze bardziej dobije. Ty będziesz tu cierpiała katusze aż w końcu umrzesz. Wtedy pozbędziemy się gdzieś twojego ciała. Miną tygodnie zanim je znajdą. 
-Nie uda Ci się to..
-Uda uda. Przez ostatnie dni Cię obserwowałam. Jesteś dla nich ważna. Wilkołaki nie odpuszczą, a mam nadzieję że ten wampir też. 
Podeszła do mnie i wstrzyknęła mi coś.
Kiedy tylko substancja dostała się do mojego ciała wiedziałam ze jest to wywar z tojadu. Krzyknęłam z bólu. Czułam jak trucizna wypala mnie od środka...

Od Christiana

   Ciągle szwendałem się po weselu obserwując wilkołaki. Moje rodzeństwo nie było zadowolone z ich obecności, tak jak i ja. Jednak miałem nadzieję, że zjawi się mój ''ulubieniec''... ale na szczęście sprawy obrały inny obrót.
   Podszedłem do mojej żony, ściskając ją delikatnie.
-Gdzie Sam? - spytałem pijąc szampana.
-Wyszedł z Alyssą przed dom.
-Ryzykują, mam nadzieję, że nie zrobią rozróby.
-Ja też...
   Nagle zjawiła się reszta rodzinki, co nie zwiastowało nic dobrego. Aro, Marek i Kajusz podeszli do mnie omijając wilkołaki, kompletnie je ignorując. Aro przyjrzał się Cath.
-Cudowna będzie z niej... Volturii. - dodał niepewnie obserwując ją bacznie.
   Ona spojrzała na nich udając, że nic z tego nie rozumie. I dobrze, wiedziała, jak grać.
-Mogę? - uśmiechnął się biorąc jej dłoń.
   Zanim zaprotestowałem by nie zwrócić ich uwagi ojciec już miał jej dłoń w uścisku.
-Hmm... interesujące... - mruknął zaniepokojony.
   Spoglądałem na Cath, a ona na mnie. W momencie wyrwała dłoń delikatnie.
-Wybaczy pan, ale kim pan jest?
-Jestem ojcem... twojego męża... Przepraszam na moment. - odszedł z wujkami gdzieś na górę w głąb naszego domu.
-O co chodzi...?
-Nie wiem, widocznie coś zobaczył... - wzruszyłem ramionami.
   Nagle Cathy zgięła się wpół, spanikowałem. Wszyscy przestali tańczyć, muzyka wciąż grała, a po domu rozbiegał się krzyk mojej żony.
-Ona zaczęło się...
   Wszyscy zostali wyproszeni. Zostałem ja, mama Cathy, Lucy... Sam...
   Nie mogłem powstrzymać emocji, wszystko było tak nagle... i nie wiedziałem, co robić... Stałem pierwszy raz w życiu bezsilnie.
   Gdy Lucy, która zdala medycynę i jest ginekologiem od jakiegoś czasu i to bardzo dobrym bo jak na czarownicę to one to prawdziwe mole książkowe, zajęła się Cathy. Nagle, gdy wybudziła mnie z dziwnego transu i przerażenia, że ją mogę stracić krzyknęła na mnie.
-Zrób to! Teraz, bo inaczej...
   Nie mogę. Nie mogę jej tego zrobić. Zniszczyć jej życia. Na pewno ją uratujemy...
   Sam trzymał mojego syna na rękach, dopiero teraz to do mnie dotarło. A Cath... nie oddychała...
   Nagle przez moje ramię przeszła Jane i... bez wahania ją ugryzła...

poniedziałek, 26 marca 2018

Od Alyssy

Ślub był piękny mimo iż nie do końca byłam zadowolona z faktu kto jest panem młodym no ale czy tak nie będzie lepiej??? Mia jest w ciąży z moim bratem. Oboje są tej samej rasy. Alex nie będzie musiał opuszczać stada.
Mimowolnie pomyślałam o Same i o tym naszym wczorajszym pocałunku. My tak samo graliśmy w nielegalną grę. Wilkołak z wampirem??? Przecież to niedorzeczne!!! A w ogóle czy ja coś do niego czuje??? Coś w nim mnie pociąga to fakt.. Ale czy byłam w nim zakochana??? Chyba za mało go znam. 
Spojrzałam na niego. Rozmawiał z Panną młodą. Uśmiechnęłam się. Podszedł do mnie Jacob. Sam z siebie jak reszta chłopaków nie przyszli by tu ale że ja się uparłam przyjść to oni musieli by mnie ewentualnie obronić.
-Zatańczysz??? - zapytał i zabawnie wyciągnął rękę schylając się.
-Z przyjemnością-zaśmiałam się.
Poszliśmy na parkiet gdzie tańczyło już kilka par.
Jacob obrócił mnie i zaczęliśmy tańczyć.
Miałam na sobie czerwoną sukienkę która przy każdym obrocie kręciła się.
Kupiłam ją kiedyś bo bardzo mi się spodobała. Wiązany gorset, dekolt w serduszko i ten cudowny tiul.. Uwielbiał takie kiecki.
Tańcząc z Jacob śmieliśmy się. Był dla mnie jak starszy brat. W sumie każdy że stada był dla mnie jak rodzina. Chłopaki odkąd pamiętam traktowali mnie jak młodszą siostrzyczkę.
Czasem było to fajne a czasem nie dawało żyć.
Piosenka się skończyła a my udiedliśmy do stołu. Oczywiście my usiedliśmy w swoim wilkołaczym gronie. Szkoda że nie było ze mną Mii ale została w szpitalu z Alexem. W sumie to też się bała tu przyjść. Tyle wampirów a ona wilkołak i do tego w ciąży. Bała się że straci dziecko.
Sam siedział przy Panu młodym. Spojrzałam się na. Niego a nasze oczy spotkały się. Uśmiechnęłam się.
Zobaczył to Jacob.
-Znasz tą pijawkę?? - zapytał.
-Co??? To przecież brat Christiana.. - ucięłam.
-Christiana?? Co taka spokojna jesteś?
-Słuchaj. Nie musimy z nimi walczyć. Oni mają swoje zasady i są honorowi.
-To pijawki.
Przewróciłam oczami. 

****

Po pierwszym daniu podeszłam do Cath. 
-Hej ślicznie wyglądasz.


Podobny obraz


-Dziękuję.
-Chciałam Ci pogratulować i życzyć szczęścia. 
-Dziękuję.
-Jak ciąża? Brzuszek już spory.
-Dobrze. Czuję że to już niedługo.
-Ehh te nadprzyrodzone ciąże. U nas wilkołaków tak samo ciąża przebiega trochę szybciej. 
-Przynajmniej długo nie jest się słonicą. -zaśmiała się.
-Przynajmniej to.-uśmiechnęłam się.
Odeszłam i poszłam się przewietrzyć. 


Podobny obraz


Kawałek dalej usiadłam na ławce. Niebo tej nocy było przepiękne.
-Przepiękne prawda?-zapytałam.
-Widziałem piękniejsze zjawiska.-odparł Sam.
Wyczułam go chwile wcześniej.
Usiadł obok mnie.
-Trochę to ryzykowne. Chłopaki mogą zacząć mnie szukać. 
-Mamy trochę czasu.
-Jakby nas zobaczyli..
-Wiem. Wasze zasady nie pozwalają na bratanie się z innymi rasami. 
-Niestety..
-Ale kto się musi o tym dowiedzieć?-zapytał biorąc moje ręce w swoje.
-Niby nikt ale czy warto ryzykować???
-Chyba warto..-uśmiechnął się.
-Fajnie tu u was.
-Podoba Ci się? 
-Blisko natury..
Spojrzałam w gwiazdy. Tej nocy na prawdę było ich jakby więcej..

Od Cathy

   U rodziców było mi jak dawniej. Nathan wrócił do Lucy, wszystko układało się świetnie. Myślałam, że bardziej nie da się być szczęśliwym jeszcze bardziej, ale teraz wiem, że się grubo myliłam. Lucy sprawdzała trzy razy dziennie mój stan, badała brzuch, oglądała mnie z każdej strony. Ja byłam zbyt słaba, żeby wszędzie się poruszać samodzielnie jak na głupi spacer czy wejście po schodach...
-Jak się czujesz z tym, że jutro wychodzisz za mąż? - spytała Diana, która mnie odwiedziła.
   Lucy siedziała wraz z nami. Pilnowała mnie gdy nie było Christiana...
-Nie wiem... właściwie, jestem przejęta bardziej ciążą... jak ja się pokażę na ślubie jak trup?
-My zadbamy o to, byś wyglądała jak nowo narodzona. - uśmiechnęła się Lucy.
   Dosłownie, czy w przenośni...?
   Nagle dostałam potwornego bólu brzucha. Często miewałam skurcze, a nawet zbyt często. Męczyła mnie ta ciąża, była wręcz nie do zniesienia. Czułam się, jakbym z dnia na dzień traciła cząstkę życia. Z tego co tłumaczyła Lucy, dzieci wampirów czy też nadnaturalne istoty gdy są jeszcze w brzuchu wysysają życie z człowieka po trochu, by od momentu narodzin były silne. Dlatego niegdyś je wybijali... Jednak miałam nadzieję, że mojego maleństwa nie czeka taki los jak tamte dzieci... Dziecko to dziecko, nie potwór.
-Spokojnie, Cath... - uspokoiła mnie Lucy.
   Po usilnych próbach uspokojenia mnie, Lucy wyprosiła Dianę z pokoju by mogła użyć czarów. Leki na to nie działały, nawet nie mogłam nic brać... Lucy usiłowała uspokoić dziecko jak i mnie, jednak ja czułam jak rozrywa mnie od środka. Dosłownie.
   Gdy wszystko ustąpiło Lucy przetarła mi czoło.
-Już dobrze...
-Mam dość tej ciąży... - szepnęłam do niej.
  Uśmiechnęła się słabo, jakby starając się mnie wesprzeć.
-Co się dzieje? - do środka wbiegła mama i Diana.
-Gdzie tata?
-W pracy, skarbie... co się dzieje? - spytała mama wściekła.
-Spokojnie - Lucy wstała. - To skurcz.
-Zbyt często one są... W którym właściwie ty jesteś miesiącu? Przecież zaszłaś miesiąc temu a wyglądasz na 8... - marudziła Diana, wszyscy spojrzałyśmy po sobie.
   Lucy dotknęła jej czoła a ta zemdlała. Mama ją podrzymała.
-Co robicie? - spytałam zirytowana.
-Za dużo wie. Usunęłyśmy jej pamięć, na jakiś czas musisz sobie odpuścić normalne kontakty.
   Westchnęłam ciężko. No tak... przecież nie mogłam zasłużyć sobie na normalne życie... Tak tego chciałam...
   Nie mogłam się doczekać ślubu. By mieć wszystko za sobą, ciąże, której aktualnie się bałam... I przeszłość, złą przeszłość. Wcale nie chciałam do niej wracać. Kochałam że jest jak jest...


   Noc była ciężka, przez co się nie wyspałam. Na szczęście dziś był dzień ślubu, co mnie dobiło. Na pewno wyglądam okropnie...
   Suknia, którą wybrałam była idealna, bo mnie wyszczuplała  i dodawała kształtów. Przygotowania przyszły sprawnie i cała otwarta sala pod osłoną drzew i konarów była przecudowna. Christian zrobił tak jak chciałam, miałam trochę wyrzuty sumienia... naprawdę tego chciał?
-Mogę wyjść z trampkach? - spytałam, gdy Lucy podała mi specjalne butki na obcasie. - Nienawidzę takich butów...
-Może w sandałach, jak grecka bogini? Daj spokój...
-Założę trampki... - odparłam i poszłam z pomocą przyjaciółki je założyć.
   Przygotowania szły pełną parą, Christiana jeszcze nie było jednak wszystko odbywało się w lesie obok domu rodzinnego Volturii. Przerażała mnie trochę myśl, że należę do takiej rodziny a w sumie zaraz zacznę należeć... mieli władzę, szacunek, byli inteligentni i rozważni. Budzili we mnie jakiś w rodzaju podziw, którego jeszcze nie rozumiałam.
   Spojrzałam w lustro, po makijażu i obróbek, które trwały od rana do godziny 13... gdy ślub zaczyna się za cztery godziny... a ja w rosole ze stresem, który starałam się opanować.
   Uśmiechnęłam się i pogłaskałam po brzuchu.
-Nie mogę się doczekać, aż przyjdziesz na świat, Maju. - szepnęłam i poczułam jak dziecko kopnęło. - Auć...! - zaśmiałam się, jednak ból był niewyobrażalnie silny.














 -Chodź! - nagle zza pleców zjawiła się mama, ciągnąc mnie gdzieś. - Ostrożnie! - krzyknęłam. - O co chodzi?
-Niespodzianka...
-Od kogo?
-Chodź to zobaczysz. - powiedziała podekscytowana.
   Poszłam za nią powoli trzymając się za brzuch. Spojrzałam na Christiana. Krzyknęłam oburzona na mamę i narzeczonego chowając się za ramieniem mamy. Tylko na to starczyło mi sił.
-Nie wolno widzieć swojej wybranki w sukni, to przynosi pecha!
   Christian spojrzał na mnie zażenowany i jednocześnie rozbawiony.
-Pozwól, ale nie wierzę w takie zabobony. A teraz do rzeczy... - pokazał mi kluczyki.
-Kupiłeś mi auto? - spytałam zaskoczona.
-Nie, jeszcze lepiej.
-Samolot?
-Może jeszcze śmigłowiec. - parsknął i złapał mnie w pasie. - Wrócimy za godzinę, pani Weight.
-Mów mi mamo, cholera jasna! Jak cię zdzielę zaraz...
   Roześmialiśmy się. Wsiadłam do samochodu a Christian standardowo przed kierownicę. Odpalił silnik i z gazem wyjechał z podjazdu leśną drogą.
-Gdzie mnie prowadzisz? Zaraz ślub...
   Milczał z szerokim uśmiechem. Gdy dotarliśmy do pięknego domku położonego w lesie, porośniętego mchem i pięknym ogródkiem zachwyciłam się.
-O boże... - zamarłam.
   Teraz podał mi klucze.
-To będzie od teraz nasz dom. - spojrzał na mnie i już byłam ''kupiona''.
   Obejrzeliśmy go powoli, byłam zachwycona, pokój dziecka z mebelkami które zamówiłam, zabawki...
-Kocham Cię. - pocałowałam go delikatnie.


   Gdy wróciliśmy czułam się lepiej, Lucy kontrolowała swoją magią moje samopoczucie i ból, tu czułam się fantastycznie. Weszłam do salonu a tam siedział Sam w towarzystwie Alyssy. Zdziwiłam się, i to bardzo.
   Zerknęłam na narzeczonego z zapytaniem pokazując na nich.















   Pokiwał głową, że nie teraz. Zrobiłam wielkie oczy, nawet mnie nie zauważyli. Nie byłam zdziwiona, że Alexa nie ma... też bym nie przyszła.
   Nadszedł moment ceremonii. Stresowałam się, tata zaprowadził mnie do ołtarza. Zapomniałam wszystkiego, nawet jak się chodzi... Trampki obcierały mi stopy, myślałam, że gorzej być nie może, gdy ujrzałam spojrzenie Christiana...

 












   Patrzył na mnie jakby mówił ''ale mam szczęście'', ja pomyślałam to samo. Przez stres poczułam lekki skurcz, Lucy od razu pewna siebie zareagowała. Uśmiechnęłam się do niej z ulgą, ukradkiem.
-Nie pozwól mi upaść... - szepnęłam do taty z nadzieją, że podtrzyma ten ciężar.
-Nigdy, córeczko. - szepnął.
   Droga do ołtarza wydłużała się okropnie długo. Czułam, jak nogi mi twardnieją i miękną na zmianę. Było to okropne uczucie, chciałam, by było już po...
-Czy bierzesz Christiana Wooda za męża, ślubując m...
   Nie wiedziałam po chwili, a raczej nie słyszałam, co mówi ksiądz. Po prostu wpatrywałam się z Christiana. Chciałam tego? Na pewno. Czy dobrze wybrałam? Możliwe. Na pewno chcę dzielić z nim życie i wychowanie NASZEGO syna. Formalnie, jak załatwił przed ślubem, tak właśnie jest.
   Wróciłam, odpowiadając systematycznie, bez emocji, gdy w końcu ksiądz powiedział.
-Możesz pocałować pannę młodą.
   Pocałował mnie delikatnie, ale namiętnie. Hałas ponad 80 ludzi wprawiało mnie w ogłupienie, jednak przy Christianie nie sądziłam, że będę tak wyluzowana.
   Gdy stałam z koleżankami z pracy i ich facetami, podszedł do mnie Sam.
-Gratuluję - odeszłam od nich do brata mojego męża. - Obyście byli mniej pokopani... i troszcz się o Chrisa.
-Postaram się, wiesz, na razie jedyne co mogłabym go obronić własnym ciałem. - zaśmialiśmy się. - A Ty co? Kręcisz do Alyssy?
-Nie, coś ty.
-Jasne, widać to po was. Ogląda się ciągle na ciebie, Ty starasz się unikać
-Wiesz... są tu niektórzy z jej watahy, staram się ograniczyć nasze stosunki i uczucia.
-Okropne, znam to uczucie.
-Nie ma go tu...

Od Alyssy

Szłam załamana ze szpitala. Alex jest w śpiączce. Jego stan nadal jest zagrożony ale jest już trochę lepiej. Wiedziałam że potrzebuje czasu by wydobrzeć. Powolutku wilkołacze geny zaczną działać.
Przez to wszystko nie uważałam i zostałam zaatakowana. Ktoś wciągnął mnie w zaułek między budynkami. Dopiero teraz wyczułam że to wampir. Dlaczego nie wyczułam go wcześniej???
Rzucił mną o ścianę. Upadłam rozrywając sobie ramię o jakieś szkła.
-Mmm... cudowny zapach.
-Moja krew Cię zabije.-powiedziałam.
-A kto powiedział że chcę ją wypić? Poznęcam się i w końcu Cię kundlu zabiję.
Zamachnęłam się i uderzyłam go odpychając. Chciałam uciec.
Młode wampiry są głupie ale silne. Pierwsza wypita krew daje im kopa. Zaczęłam biec w stronę drogi. Złapał mnie za nogę i upadłam krzycząc.
Podniósł mnie za szyję i przytrzasnął do ściany.
-Puszczaj-odparłam zachrypniętym głosem przez to że uciskał mi gardło.
-Zdechniesz kundlu...
Ktoś go odepchnął ode mnie.
Upadłabym jednak ten ktoś złapał mnie w pasie. Nie było czasu na romantyczny moment wyrwany jak z filmu kiedy jakiś super bohater ratuję dziewczynę. Mój wybawca odstawił mnie na bok i ruszył na młodego wampira. Dopiero wtedy go poznałam. Sam? On jest wampirem dlaczego walczy z innym wampirem... Broni mnie.
Przytrzasnął mojego napastnik do ściany. Wtedy zjawił się Christian.
-Bronisz kundla?-zaśmiał się młody wampir.
-Bronię honoru ras, do tego należą moje obowiązki.-odparł Sam.
-No tak, słynny Volturii.-parsknął.
-Zabij go i skończ ceregiele.-odparł Christian-Nie prowadzi się konwersacji z pospólstwem.
Sam bez zawahania przebił gardło tamtemu wampirowi.
-Obyśmy się nie spotkali więcej. To nauczka. Niedługo zjawią się wilkołaki a ty nie jesteś w stanie się ruszyć. Powodzenia.
Byłam w szoku. Sam zaczął gdzieś iść. Spojrzałam jeszcze na tego wampira i pobiegłam za moim wybawcą.
-Poczekaj!-zawołałam.
Dogoniłam go.
-Chciałam Ci podziękować.
-Nie ma za co.-odparł idąc dalej, ale już nie tak szybko.
-Dobra, rozumiem. To ja już sobie pójdę...


Podobny obraz


Odwróciłam się na pięcie i miałam zamiar iść do domu. Złapał mnie za rękę.
-Poczekaj.
Odwróciłam się zaskoczona.
-Tak?
-Przepraszam po prostu... nie ważne. Ale co powiesz na spacer?
-Spacer? W sumie.. wiszę ci przysługę za pomoc przy tym wampirze.
-Pomoc? Chyba uratowanie.
-Dałabym radę.
Poszliśmy do parku.
-Co w ogóle robiłaś tu o tej porze?
-Wracałam ze szpitala.
-Coś się stało?
-Mój brat miał wypadek..
-Młodszy?
-Nie. Mam tylko starszego brata.. znasz go chyba. Alex.
-Znam... trochę namieszał.
-Nie prawda. Ale nie rozmawiajmy o tym.
Usłyszałam w oddali wycie.
-Wołają Cię?
-Nie, ale chodźmy dalej.
-Nie chcesz by zobaczyli Cię u boku wampira?
-Nie o ciebie chodzi. Tylko wiesz.. chuchają i dmuchają na mnie wszyscy.
-Dlaczego?
-Bo po pierwsze jestem kobietą a po drugie córką Alfy?-uśmiechnęłam się.-Teraz kiedy Alex leży w szpitalu konkretnie im odbiło.
-W sumie to im się nie dziwię. Widzimy się już 3 razy i za każdym razem masz kłopoty.
-A może to ty je przynosisz???-zaśmiałam się.
Uśmiechnął się.
-A w ogóle jak ramie?
Spojrzałam na nie.
-Zagoi się. Spokojnie. No chyba że kusi Cię moja krew?-zaśmiałam się.
-A jak tak?
-Teraz ty będziesz chciał zjeść?
-Ciebie?-uśmiechnął się.

Znalezione obrazy dla zapytania stelena gif

-Najpierw będziesz musiał mnie złapać!-powiedziałam z uśmiechem.
-Jestem szybszy.
-To udowodnij.
Zaczęłam biec jak najszybciej mogłam. Nie chciałam się przemieniać mimo iż wtedy biegam szybciej.
Słyszałam go tuż za mną. Kawałek już przebiegliśmy.
Zaczął pokropywać deszcz. Padał coraz mocniej. Odwróciłam się by zobaczyć jak blisko jest Sam kiedy nagle się potknęłam jednak nie upadłam. Powstrzymały mnie przed tym jego silne ramiona.
-A teraz Cię zjem.
-Smacznego.-odparłam z uśmiechem.
Jednak tego co zrobił się nie spodziewałam.

Znalezione obrazy dla zapytania stefan and elena kiss gif

Pocałował mnie...

niedziela, 25 marca 2018

Od Christiana

   Rano ze względu na niepokojący stan zdrowia Cath wysłałem ją do jej rodziców wraz z Lucy, która dojedzie później. Podjąłem tą decyzję, wiedziałem, że jej rodzice wiedzą o tym kim jestem i o jej ciąży również mają pojęcie. Było to oczywiste, jak jej ojciec zareagował. Jej matka wydawała się być niewzruszona i spokojna, więc to znaczy, że ona powinna się zająć nią doskonale z pomocą przyjaciółki mojej narzeczonej.
  Cathy jadła śniadanie w kuchni, a ja ją pakowałem. Była osłabiona i to bardzo, źle wyglądała, a jeszcze przed nią tydzień do narodzin naszego syna. Miałem przeczucie, że to będzie chłopiec, nie dziewczynka.
   Tak samo chciałem zrobić nam wszystkim niespodziankę, która wyjdzie nam na korzyść. Nam, czyli mojej rodzinie, narzeczona, ja i nasz syn.
-Co to za torby? - spytała, gdy położyłem walizkę przy drzwiach.
-Mam dla ciebie niespodziankę i musimy coś załatwić.
-Co takiego? - spytała zaskoczona, myjąc ręce.
-Ubierz się, pomogę ci doturlać się do auta. - odparłem rozbawiony, choć nie było mi do śmiechu. Martwiłem się o nią, choć byłem pewny, że uda nam się to przejść. Odkąd nie ma już tego wilka problemy się kończyły a zaczynało nowe życie.
  Gdy bez pytań, co w niej lubiłem, ubrała się z moją pomocą pomogłem jej dotrzeć do auta. Otworzyłem jej drzwi pasażera.
-Coś ukrywasz przede mną. - zmrużyła oczy podejrzliwie i wsiadła.
   Ja tylko się uśmiechnąłem.














   Wiem, że czuje się przy mnie bezpiecznie, jednak u boku rodziców będzie jej lepiej. Będę tam codziennie ją odwiedzać, przywozić to co potrzebuje. Lucy będzie jej również pomagać będąc tam cały czas, co uzgodniłem z nią wcześniej.
-Po co ta torba...
-Dowiesz się w swoim czasie.


   W domu jej mama czekała, o wszystkim wiedziała, postarałem się by było dla nas jak najłatwiej. Gdy weszliśmy na werandę jej mama otworzyła szeroko drzwi i przywitała mnie serdecznie. Wzięła córkę po rękę.
-Mizernie wyglądasz... - zaniepokoiła się.
-Wiesz co, żadne z was nie musi mi tego wypominać... - mruknęła Cath.
   Uśmiechnąłem się i wniosłem do środka walizkę trzymając w ręku kluczyki.
-Christian, siadaj, zrobiłam obiad dla was...
-Właściwie to muszę lecieć, mam do załatwienia parę spraw.
-A niespodzianka, o której mi mówiłeś? - spytała zniecierpliwiona Cathy.
-Na razie dopracowuje szczegóły, piękna. - mrugnąłem do niej z uśmiechem i na gdy zjawił się Pan Weight, jej mama wyszła ze mną za zewnątrz.
-Dziękuję, widać, że się o nią troszczysz. Jednak niepokoi mnie jej stan, poradzicie coś na to, prawda?
-Tak, oczywiście. - odparłem pewny. - Niech pani nikogo nie wpuszcza z wilkołaków, byłbym wdzięczny.
-Masz to jak w banku. - zapewniła.













-Nie przepada pani za wilkołakami? - spytałem rozbawiony.
-Po przeżyciach z tamtym wilkołakiem nie jestem... chodzi mi o to, co przeżyła Cathy. Chłopak miał wypadek na motocyklu, nie wspomnę o tym Cath, choć wątpię, żeby się przejęła.
-Dziękuję, że trzyma pani moją stronę.
-Waszą. Jesteśmy rodziną, prawda? - uśmiechnęła się ciepło i serdecznie. - Odwiedzaj ją, Lucy będzie tu mieszkać z Nathanem, dziękuję, że masz tak dobry wpływ na nią.
-Nie ma za co dziękować, proszę pani.
   Uścisnęła mnie i weszła do środka.


   Wieczorem wyskoczyłem z Samem do miasta. Mój brat podążał zapachem, a raczej go szukał... swojej lubej. Śmiałem się mu w twarz, gdy na niego patrzyłem. Bałwan, myśli, że ją spotka na mieście. Jednak gdy szliśmy drogą do szpitala poczuliśmy zapach jej krwi i krzyki. 
   Gdy Sam wystrzelił jak z procy ja chwilę po nim by go znaleźć, na boku stała Alyssa a do ściany przykuty facet, przez mojego brata. Był to wampir, jakiś nowo narodzony.
-Bronisz kundla? - zaśmiał się słabo.
-Bronię honoru ras, do tego należą moje obowiązki.
-No tak, słynny Volturii - parsknął.
-Zabij go i skończ ceregiele. - machnąłem ręką. - Nie prowadzi się konwersacji z pospólstwem.
  W końcu bez emocji przebił mu gardło.












-Obyśmy się nie spotkali więcej. To nauczka. Niedługo zjawią się wilkołaki a ty nie jesteś w stanie sie ruszyć. Powodzenia. - odszedł i ruszył przed siebie. A za nim Alyssa...
   Nie chciałem im przeszkadzać, rozpłynąłem się. Chciałem niespodziankę mojej narzeczonej zaplanować jak należało, plus cały ślub zrealizować tak jak ona sobie życzyła.

Od Cathy

   Wszystko pamiętałam, a raczej część. Byłam zła na Christiana, jednak nie byłam pewna za co. Trochę starałam się pracować nad sobą, chciałam idealnie się przygotować do roli matki. I też... w dalszym ciągu chciałam być człowiekiem, który o niczym nie wie, o tym całym świecie. Jednak jeśli Christian uważa, że zgodzę się na jakikolwiek plan, który będzie zwiastował setną zmianę w moim życiu... chyba się wścieknę.
  W kuchni baraszkowałam szukając lodów. Miałam straszną ochotę na nie, jak i po chwili chciałam wypić... krew... Zaniepokojona jednak skupiłam się na pierwszym ''daniu'' i nie zwracałam uwagi na chore pragnienie.













   Lucy weszła do mnie do kuchni i obserwowała co robię, próbowałam otworzyć głupie opakowanie po lodach, ona po prostu podeszła i otworzyła je bez problemu.
-Będziesz miała z tym problemy... - westchnęła patrząc na mnie.
-Przecież kobieta w ciąży nie ma z tym problemów. - zaśmiałam się nerwowo.
-Cathy... - złapała mnie za doń. - Przez ciążę taką jak twoja... tracisz siły dając je dziecku. To strona bierna, w wypadku tej ciąży... kiedy dziecko jest... inne niż inne dzieci...
-Co to znaczy? - spytałam zdenerwowana. - Przestańcie mnie traktować jak... nie wiadomo kogo. Radzę sobie, nie jestem inwalidą.
-Ale jeśli nie będziesz się stosowała do moich zaleceń zaszkodzisz nie tylko sobie ale dziecku również. Czyje to jest dziecko? Twoje, czy Alexa?
   Spiorunowałam ją wzrokiem i zaczęłam jeść lody.
-Alexa. Tak myślę. Tego nie jestem w stanie powiedzieć. Uważamy z Christianem je za swoje tak czy siak. Alex jako ojciec dla mojego dziecka nie istnieje.
   Lucy nic nie powiedziała, jakby coś wiedziała ale i jednocześnie ukrywała przede mną. Jednak zignorowałam to. Jeśli to dotyczy kogokolwiek z La Push to nie mam do tego zdania do powiedzenia.
-Musisz mi pomóc. Jest Christian?
-Wyszedł. A co się dzieje?
   Przegryzłam wargę i zdecydowanie podjęłam decyzję.
-Muszę odnaleźć Nathana. Co się z wami stało? Jesteście razem w ogóle?
   Zakłopotana jednak udzieliła mi odpowiedzi.
-Po twojej rzekomej śmierci załamał się, nie chciał nikogo widzieć. Starałam się mu pomóc ale on... wiesz... wybrał bycie wilkołakiem, zamiast wampirem. Miał możliwość poprzez zaklęcie wybrać... i wybrał to... Nie przysłużyło mu to, ukrył się na przedmieściach małego miasteczka obok New Yorku...
-Aż tak daleko?
-Mhm.. Widziałam go ostatnio w Forks, zatrzymuje się tam czasem. Jednak jest niestabilny, jako że nie uczestniczy do żadnej watahy ciężko mu z tym kim się stał.
-Pomóż mi go znaleźć.
-Dobra, ale coś ci się stanie to cię zamorduje...

   Wsiadłyśmy do samochodu Lucy i pojechałyśmy w drogę. Chyba moja przyjaciółka chciała odzyskać dawną miłość, widać, że nadal go kochała mimo upływu miesięcy. I pomyśleć... że to wszystko przez moje decyzje.
   Na miejscu zaparkowała w lesie, prowadziła mnie do jakiegoś zagraconego podwórkowego domku, który był tak malutki, że dziwiłam się, że ktokolwiek tu się by zmieścił czy dał żyć. To raczej działkowa chatka. Na ścianach domu widniały ślady pazurów, wyprzedziłam Lucy gdy usłyszałam hałas przed chatką.
-Nathan?! - krzyknęłam i poszłam w tamtą stronę.














-Cathy! - krzyknęła, biegnąc za mną.
   Jednak ja również przyspieszyłam kroku i gdy skręciłam przed dom ujrzałam brata. Patrzył na mnie jak na zjawę, wyglądał strasznie. Oczy podkrążone, ślady krwi na koszulce i liczne zadrapania. Naprawdę... sobie nie radził...
   Przytuliłam go, Lucy tylko obserwowała ukochanego. To była trudna sytuacja, dla nas wszystkich. Spojrzałam bratu w oczy i przerażona złapałam go za ramiona.
-Ty... żyjesz...
-Wróć z nami. Znajdę ci miejsce dla ciebie, żebyś się tak nie dręczył...
-Ty żyjesz, to się liczy...
-Wróć do rezerwatu, do rodziców. Wataha na pewno gdy się dowie o twoim istnieniu cię zrekrutuje...
   Zignorował mnie gdy ujrzał Lucy. Uśmiechnęłam się i przytulił ją, obkręcając dookoła.
-Tęskniłem... przepraszam...
   Przyjaciółka tylko się radośnie uśmiechnęła i pocałowała go.
-Nie zrekrutują mnie to łamię zasady wilkołaków. Po pierwsze... i najważniejsze, pokochałem kogoś innej rasy. A z niej nie zrezygnuję. To ona mnie podtrzymywała przy życiu, po twojej rzekomej śmierci. - spojrzał na mój brzuch. - Jesteś w ciąży?
-Tak... z wampirem.
-Co takiego? To niemożliwe...
   Lucy spojrzała na mnie, bym nie mówiła mu nic o prawdzie. Więc utrzymywałam kłamstwo ile się dało.
-Wróćmy do domu. - uśmiechnęłam się i oni odwieźli mnie do domu.


   W domu gdy Christian wrócił ja kupowałam rzeczy dla dziecka. Takie neutralne, subtelne i jednocześnie prześliczne. Narzeczony spojrzał na mnie zaskoczony i zdjął kurtkę nalewając sobie whisky.
-Co robisz?
-Kupuję mebelki i akcesoria dla naszej Mai. - uśmiechnęłam się.
-Znasz płeć?
-Po prostu myślę, że to będzie dziewczynka... - odparłam pewnie.















-Nie, ja myślę, że chłopiec. - uśmiechnął się nie znosząc sprzeciwu.
-Zobaczymy... Wyglądam na piąty miesiąc, jeśli tak dalej pójdzie urodzę za parę dni... - dodałam zaniepokojona. - Z dzieckiem nie będzie dobrze...
-Uwierz mi, widziałem przypadki dzieci-wampirów, niczym się od innych nie różniły. - odparł podejrzanie.
   Jednak mu uwierzyłam, gdy się uśmiechnął.
-Mam taką nadzieję... Kocham Cię. - szepnęłam i jakby coś go tknęło. Rzadko sobie to mówiliśmy i chyba czas to zmienić. Już za dwa dni ślub...

sobota, 24 marca 2018

Od Christiana

   Wsiadłem do samochodu Klausa i wszyscy pojechaliśmy do naszego rodzinnego domu, wampirzej rezydencji w środku lasów Mystic Falls. Jane stanęła przede mną, a chłopaki z niecierpliwością czekali na to co ma do powiedzenia młodsza siostra.
   Jane potrafi łączyć swoje dwa dary i skonstrułować z nich wizję, nikt inny z nas tego nie potrafi. Żaden, nawet ojciec i wujostwo.
-Ona nosi w sobie dziecko, które będzie... nie do końca takie, jakie byśmy chcieli.
   Wiedziałem co to oznacza, tak jak przed laty mówiła to gdy dziecko w wyniku zmieszania ras było rozpruwaczem, rodził się istny diabeł. Dziecko żywiące się krwią. Wybijaliśmy wszystkie paląc na stosie w wioskach, słuchając lamentu ich rodziców.
-Co takiego? - wycedziłem, patrząc na nią ogłupiały.













-W wizji widziałam coś, czego wcześniej nie znaliśmy.
-To nie możliwe. - wtrącił Klaus uparcie. - Co masz na myśli, siostro?
-Hybryda.
   Wszyscy zamilkli, spojrzeli po sobie i słyszeliśmy swoje sztuczne oddychanie.
-Ale... - odezwałem się w lekkiej panice. - To nie możliwe.
-Może miała kogoś w rodzinie - dodał Sam. - Kto był wilkołakiem. Nie znamy przodków.
-Była czarodziejką, już nią nie jest. Jest czystym człowiekiem z grubą bogatą kartoteką, jednak w inne wspomnienia nie mogę jej zajrzeć.
-Co zrobimy? - spytałem zrezygnowany.
-I tak ciąża idzie w zaskakującym tempie. Musisz jej powiedzieć o nas albo przywrócić wspomnienia.
-Nie mogę. - odparłem. - Jest jakieś inne wyjście.
-Nie ma. Skontaktuj się z nią, ona tylko może pomóc. Ona zakładala zaklęcie i ona je zdejmie.
   Zacisnąłem zęby.
-Inaczej ona umrze, dziecko przeżyje ale będzie po niej. Jeśli będzie wiedziała zaradzimy coś na to. - pocieszył mnie Sam.
-Albo zabijemy ich oboje. - dodał Klaus.
-Uspokójmy się - wtrącił nagle Enzo, który cały czas siedział cicho. - Powinniśmy dać Christianowi czas do namysłu. Aro i reszta się nie dowiedzą, zachowujemy się jak gdyby nigdy nic.
-Owszem. - Jane oderwała wzrok od ściany i zerknęła na mnie. - Jednak masz skontaktować się z nią. Tylko ona coś na to poradzi. Ona ma wgląd w jej życie i rozwój ciąży. Jeśli Cath się nie dowie prawdy narobi nam problemów, zacznie łazić po ginekologach, lekarzach... wiesz, że jedno i drugie wiąże się ze śmiercią.
-Co ja mam zrobić, Jane?! - krzyknąłem wściekły.
-Ratuj ją. - wzruszyła ramionami z lekkim uśmiechem.

   Wsiadłem do samochodu i znalazłem ją. Umówiłem się na spotkanie z czarownicą, która nie była mi obca. Była najbliższą, BYŁA, bo Cath o niej nawet nie pamięta, przyjaciółką.
-Coś poszło nie tak? - usłyszałem jej głos za plecami.
-Masz mi pomóc odkręcić to gówno.
   Uniosła brwi, rozbawiona i dała mi kuksańca w ramię.
-Oszalałeś, nie da się.
-Wszystko się da. Co chcesz w zamian?
-Odzyskać przyjaciółkę. Zobaczyć ją.
-Nie pozwolę na to by cierpiała i by mieszano jej w głowie.
   Uśmiechnęła się cynicznie.
-Oooh, słodkie.















-Lucy, nie wku... denerwuj mnie. Jak tu stoję, błagam cię, mam klęknąć? Klęknąć mam?!
   Roześmiała się.
-Daj spokój, jesteśmy przyjaciółmi, nie musisz mi się oświadczać. - zażartowała.
-Już się oświadczyłem.
   Spoważniała.
-Proszę...? - wycedziła pełna szoku.
-Oświadczyłem się jej. Jest w ciąży... ale to skomplikowane.
-Więc mi opowiedz. - poprosiła.
-Przespała się z wilkołakiem i potem ze mną...
-Ouch. - przegryzła wargę. - Mów dalej...
-Chodzi o to, że... Jane widziała płód.
-Poznałeś je ze sobą...?!
-Tak. Całe Volturii oprócz ojca i wujków.
-Fatalnie. Dobra, załatwię sprawę pod warunkiem że pozwolisz mi sie z nią zobaczyć. I sprawdzę dokładnie ten płód.
-Ładuj się do auta. - westchnąłem.


   W domu gdy wszedłem z Lucy Cath coś przekładała, układała i porządkowała. Lucy nie dała się ponieść emocjom, jednak przytuliła ją nagle. Cathy nie wiedziała, co ma zrobić, ale gdy ją ujrzała czarownica złapała ją za skronie i wypowiedziała jakieś... łacińskie brednie. Ja stałem jak debil z tyłu i obserwowałem co się wydarzy.
   Cath zemdlała, szybko zjawiłem się przy niej podtrzymując ją przerażony.
-Coś ty narobiła?!
-Połóż ją na kanapie...
   Po chwili Cath przebudziła się.
-Moja głowa...
   Wiedziałem, że z częściowym przywróceniem pamięci mogę mieć kłopot. Jeśli miłość do mnie była udawana, uczucie do mnie zniknie. Zacisnąłem pięści i schowałem twarz w dłonie.
-Lucy...? - wycedziła, i przyjaciółki się objęły. - Gdzie Christian...? - spytała.
-Tu jestem. - poderwałem się do niej.
-Co pamiętasz?
-Część... czemu... miałabym nie pamiętać... Christian...?
-Usunąłem ci część pamięci bo wiedziałem jak pragnęłaś normalnego życia... I dałem ci to, ale w tej sytuacji...
-Kocham Cię, Christian... Nic tego nie zmieni. Tylko... co teraz będzie z dzieckiem?
-Twoje dziecko to hybryda, coś, czego narodzin możesz nie przeżyć, ale dziecko tak... Jest sposób, byście oboje przeżyli...
-Jaki...? - spytała.
-Tego dowiesz się w swoim czasie. Dziecko będzie głodne, do momentu porodu musisz się uspokoić, nie myśleć o niczym złym. Wtedy nasz sposób się sprawdzi...
-Ty... - spojrzała na mnie. - Jesteś wampirem...? - spytała roztrzepana.
-Tak, Cath.
-A twoja rodzina...?
-Też jest. Jesteśmy pierwszymi wampirami, nazywamy się Volturii.
-Mordujecie...? Mówili o was w Hogwarcie... Pamiętam tylko to o nadnaturalnych istotach...
-To było konieczne, żeby cię nie stresować, gdyby zachować twój poprzedni stan nieświadomości byś wydała Volturii i cały nasz świat, musieliby was zabić.
-Nas...?
-Ciebie i dziecko.
   Westchnęła ciężko.
-Muszę... iść do kuchni... - wstała powoli i odeszła trzymając się za brzuch.












-Będzie musiała pić krew, by żywić hybrydę.
-Wiem o tym, Lucy. - warknąłem. - Nie podoba mi się to...
-Nasz sposób i plan zadziała. Tylko niech dotrwa do ciąży... Będę badać jej płód, wszystko będzie przez magię i na spokojnym gruncie. Wiem co mam mówić a czego nie...
   Miałem pewne obawy... co dalej...?