U rodziców było mi jak dawniej. Nathan wrócił do Lucy, wszystko układało się świetnie. Myślałam, że bardziej nie da się być szczęśliwym jeszcze bardziej, ale teraz wiem, że się grubo myliłam. Lucy sprawdzała trzy razy dziennie mój stan, badała brzuch, oglądała mnie z każdej strony. Ja byłam zbyt słaba, żeby wszędzie się poruszać samodzielnie jak na głupi spacer czy wejście po schodach...
-Jak się czujesz z tym, że jutro wychodzisz za mąż? - spytała Diana, która mnie odwiedziła.
Lucy siedziała wraz z nami. Pilnowała mnie gdy nie było Christiana...
-Nie wiem... właściwie, jestem przejęta bardziej ciążą... jak ja się pokażę na ślubie jak trup?
-My zadbamy o to, byś wyglądała jak nowo narodzona. - uśmiechnęła się Lucy.
Dosłownie, czy w przenośni...?
Nagle dostałam potwornego bólu brzucha. Często miewałam skurcze, a nawet zbyt często. Męczyła mnie ta ciąża, była wręcz nie do zniesienia. Czułam się, jakbym z dnia na dzień traciła cząstkę życia. Z tego co tłumaczyła Lucy, dzieci wampirów czy też nadnaturalne istoty gdy są jeszcze w brzuchu wysysają życie z człowieka po trochu, by od momentu narodzin były silne. Dlatego niegdyś je wybijali... Jednak miałam nadzieję, że mojego maleństwa nie czeka taki los jak tamte dzieci... Dziecko to dziecko, nie potwór.
-Spokojnie, Cath... - uspokoiła mnie Lucy.
Po usilnych próbach uspokojenia mnie, Lucy wyprosiła Dianę z pokoju by mogła użyć czarów. Leki na to nie działały, nawet nie mogłam nic brać... Lucy usiłowała uspokoić dziecko jak i mnie, jednak ja czułam jak rozrywa mnie od środka. Dosłownie.
Gdy wszystko ustąpiło Lucy przetarła mi czoło.
-Już dobrze...
-Mam dość tej ciąży... - szepnęłam do niej.
Uśmiechnęła się słabo, jakby starając się mnie wesprzeć.
-Co się dzieje? - do środka wbiegła mama i Diana.
-Gdzie tata?
-W pracy, skarbie... co się dzieje? - spytała mama wściekła.
-Spokojnie - Lucy wstała. - To skurcz.
-Zbyt często one są... W którym właściwie ty jesteś miesiącu? Przecież zaszłaś miesiąc temu a wyglądasz na 8... - marudziła Diana, wszyscy spojrzałyśmy po sobie.
Lucy dotknęła jej czoła a ta zemdlała. Mama ją podrzymała.
-Co robicie? - spytałam zirytowana.
-Za dużo wie. Usunęłyśmy jej pamięć, na jakiś czas musisz sobie odpuścić normalne kontakty.
Westchnęłam ciężko. No tak... przecież nie mogłam zasłużyć sobie na normalne życie... Tak tego chciałam...
Nie mogłam się doczekać ślubu. By mieć wszystko za sobą, ciąże, której aktualnie się bałam... I przeszłość, złą przeszłość. Wcale nie chciałam do niej wracać. Kochałam że jest jak jest...
Noc była ciężka, przez co się nie wyspałam. Na szczęście dziś był dzień ślubu, co mnie dobiło. Na pewno wyglądam okropnie...
Suknia, którą wybrałam była idealna, bo mnie wyszczuplała i dodawała kształtów. Przygotowania przyszły sprawnie i cała otwarta sala pod osłoną drzew i konarów była przecudowna. Christian zrobił tak jak chciałam, miałam trochę wyrzuty sumienia... naprawdę tego chciał?
-Mogę wyjść z trampkach? - spytałam, gdy Lucy podała mi specjalne butki na obcasie. - Nienawidzę takich butów...
-Może w sandałach, jak grecka bogini? Daj spokój...
-Założę trampki... - odparłam i poszłam z pomocą przyjaciółki je założyć.
Przygotowania szły pełną parą, Christiana jeszcze nie było jednak wszystko odbywało się w lesie obok domu rodzinnego Volturii. Przerażała mnie trochę myśl, że należę do takiej rodziny a w sumie zaraz zacznę należeć... mieli władzę, szacunek, byli inteligentni i rozważni. Budzili we mnie jakiś w rodzaju podziw, którego jeszcze nie rozumiałam.
Spojrzałam w lustro, po makijażu i obróbek, które trwały od rana do godziny 13... gdy ślub zaczyna się za cztery godziny... a ja w rosole ze stresem, który starałam się opanować.
Uśmiechnęłam się i pogłaskałam po brzuchu.
-Nie mogę się doczekać, aż przyjdziesz na świat, Maju. - szepnęłam i poczułam jak dziecko kopnęło. - Auć...! - zaśmiałam się, jednak ból był niewyobrażalnie silny.
-Chodź! - nagle zza pleców zjawiła się mama, ciągnąc mnie gdzieś. - Ostrożnie! - krzyknęłam. - O co chodzi?
-Niespodzianka...
-Od kogo?
-Chodź to zobaczysz. - powiedziała podekscytowana.
Poszłam za nią powoli trzymając się za brzuch. Spojrzałam na Christiana. Krzyknęłam oburzona na mamę i narzeczonego chowając się za ramieniem mamy. Tylko na to starczyło mi sił.
-Nie wolno widzieć swojej wybranki w sukni, to przynosi pecha!
Christian spojrzał na mnie zażenowany i jednocześnie rozbawiony.
-Pozwól, ale nie wierzę w takie zabobony. A teraz do rzeczy... - pokazał mi kluczyki.
-Kupiłeś mi auto? - spytałam zaskoczona.
-Nie, jeszcze lepiej.
-Samolot?
-Może jeszcze śmigłowiec. - parsknął i złapał mnie w pasie. - Wrócimy za godzinę, pani Weight.
-Mów mi mamo, cholera jasna! Jak cię zdzielę zaraz...
Roześmialiśmy się. Wsiadłam do samochodu a Christian standardowo przed kierownicę. Odpalił silnik i z gazem wyjechał z podjazdu leśną drogą.
-Gdzie mnie prowadzisz? Zaraz ślub...
Milczał z szerokim uśmiechem. Gdy dotarliśmy do pięknego domku położonego w lesie, porośniętego mchem i pięknym ogródkiem zachwyciłam się.
-O boże... - zamarłam.
Teraz podał mi klucze.
-To będzie od teraz nasz dom. - spojrzał na mnie i już byłam ''kupiona''.
Obejrzeliśmy go powoli, byłam zachwycona, pokój dziecka z mebelkami które zamówiłam, zabawki...
-Kocham Cię. - pocałowałam go delikatnie.
Gdy wróciliśmy czułam się lepiej, Lucy kontrolowała swoją magią moje samopoczucie i ból, tu czułam się fantastycznie. Weszłam do salonu a tam siedział Sam w towarzystwie Alyssy. Zdziwiłam się, i to bardzo.
Zerknęłam na narzeczonego z zapytaniem pokazując na nich.
Pokiwał głową, że nie teraz. Zrobiłam wielkie oczy, nawet mnie nie zauważyli. Nie byłam zdziwiona, że Alexa nie ma... też bym nie przyszła.
Nadszedł moment ceremonii. Stresowałam się, tata zaprowadził mnie do ołtarza. Zapomniałam wszystkiego, nawet jak się chodzi... Trampki obcierały mi stopy, myślałam, że gorzej być nie może, gdy ujrzałam spojrzenie Christiana...
Patrzył na mnie jakby mówił ''ale mam szczęście'', ja pomyślałam to samo. Przez stres poczułam lekki skurcz, Lucy od razu pewna siebie zareagowała. Uśmiechnęłam się do niej z ulgą, ukradkiem.
-Nie pozwól mi upaść... - szepnęłam do taty z nadzieją, że podtrzyma ten ciężar.
-Nigdy, córeczko. - szepnął.
Droga do ołtarza wydłużała się okropnie długo. Czułam, jak nogi mi twardnieją i miękną na zmianę. Było to okropne uczucie, chciałam, by było już po...
-Czy bierzesz Christiana Wooda za męża, ślubując m...
Nie wiedziałam po chwili, a raczej nie słyszałam, co mówi ksiądz. Po prostu wpatrywałam się z Christiana. Chciałam tego? Na pewno. Czy dobrze wybrałam? Możliwe. Na pewno chcę dzielić z nim życie i wychowanie NASZEGO syna. Formalnie, jak załatwił przed ślubem, tak właśnie jest.
Wróciłam, odpowiadając systematycznie, bez emocji, gdy w końcu ksiądz powiedział.
-Możesz pocałować pannę młodą.
Pocałował mnie delikatnie, ale namiętnie. Hałas ponad 80 ludzi wprawiało mnie w ogłupienie, jednak przy Christianie nie sądziłam, że będę tak wyluzowana.
Gdy stałam z koleżankami z pracy i ich facetami, podszedł do mnie Sam.
-Gratuluję - odeszłam od nich do brata mojego męża. - Obyście byli mniej pokopani... i troszcz się o Chrisa.
-Postaram się, wiesz, na razie jedyne co mogłabym go obronić własnym ciałem. - zaśmialiśmy się. - A Ty co? Kręcisz do Alyssy?
-Nie, coś ty.
-Jasne, widać to po was. Ogląda się ciągle na ciebie, Ty starasz się unikać
-Wiesz... są tu niektórzy z jej watahy, staram się ograniczyć nasze stosunki i uczucia.
-Okropne, znam to uczucie.
-Nie ma go tu...