poniedziałek, 29 stycznia 2018

Od Alexa

W nocy dostałem telefon. Dzwonił Jacob.
-Alex wstawaj, był napad na sklep jubilerski. 
-No i??-zapytałem zaspany.
-Brak śladów, sprzedawca nic nie pamięta, kamery nagle przestały działać.. jak myślisz była to robota człowieka czy innej istoty?
-Komuś coś się stało?
-Nie.
Ojciec Jacoba był miejscowym komendantem. Często pomagaliśmy policji rozwiązać niektóre sprawy. Oczywiście o naszym udziale nikt nie wiedział (oprócz naszych rodzin, które także należały do klanu, wszyscy nasi bliscy byli wilkołakami). Bo jak ludziom wytłumaczyć jak doszło do tego że "wytropiliśmy" sprawce? Jednak najczęściej nie znajdowano sprawcy tylko jego łupy. Jeśli sprawca był istotą nadnaturalną nie mogliśmy go oddać w ręce niczego nie świadomej policji. 
-Ehh.. zaraz tam będę.
Rozłączyłem się i wstałem. Szybko ubrałem się i wyszedłem z domu. Moim rodzicom to nie przeszkadzało. Także byli wilkołakami tyle że tak jakby już na emeryturze. Dlaczego tak jakby? Bo natury nigdy nie oszukamy. Jednak kiedy założyli rodzinę przestali się przemieniać i polować. Z pozoru stali się normalnymi ludźmi. Moja siostra też była wilkołakiem. Jednak nie wyruszała w "teren". Dlaczego? W naszym klanie kobiety najczęściej nie zajmowały się walką. Dbały o tradycję i polowały ale przeważnie nie walczyły np. z wampirami. 

Mógłbym pojechać motorem ale szybciej byłem na miejscu po prostu biegnąc. Pod sklepem było pełno policji. My spotkaliśmy się na dachu gdzie nikt nas nie widział. 
-Z daleka śmierdzi wampirem. 
-Nie da się tu normalnie przez to oddychać. Ten smród jest nie do wytrzymania.
Stanąłem na krawędzi dachu. W dole było pełno ludzi. Spojrzałem w stronę komendanta a ten mnie zauważył.
-Wampir..-powiedziałem.
Inni ludzie mnie nie słyszeli  ale my wilkołaki mamy bardzo dobry słuch.
-Z pewnością. Macie jakiś trop?-zapytał komendant.
-Pracujemy nad tym.-odparłem.
Pilnowaliśmy porządku w naszym mieście i żaden wampir czy inna istota nie będzie bezkarnie panoszyć się po naszym terytorium. 

niedziela, 28 stycznia 2018

Od Ayo

  Wyszlam z domu i poszlam w strone sklepu z bizuteria. Byl wieczor. Skrecilam w strone ciemnej uliczki na ktorej znajdowal sie sklep. Weszlam do srodka i udawalam, ze sie zastanawiam. Po czym do srodka wszedl Adrien. Podszedl do lady gdzie stal koles po 30-stce, moj towarzysz wyciagnal spojrzal mu w oczy i kazal pakowac pieniadze do worka. Ja pakowalam bizuterie gdy tylko dostalam znak. Bez alarmu, kamery przestaly dzialac. Wyszlismy jak gdyby nigdy nic, bez podejrzen. Ulotnilismy sie jak najszybciej i skierowalismy sie do auta Adriena. Gdy bylismy u niego liczylismy pieniadze, glownie ja, Adrien ogladal bizuterie.
-Wez sobie cos. - usmiechnal sie pod nosem patrzac na mnie.
-Kasa mi wystarczy. - odparlam oschle i wrzucilam ostatni plik dolarow do skrzynki.
-Nie wyglupiaj sie, chodzi ci tylko o kase? - parsknal.
-Wlasciwie, to tak. Zamknij sie juz... Robimy robote czy nie?
- W koncu stara Ayo wrocila... -Zasmial sie i zamknal karton kasy.
-Przekazujemy to Xavierowi, dzieli, ale przede wszystkim liczy kase. Potem mamy do dostarczenia bizuterie Przed psami. W razie co bierzesz bizuterie i uciekasz.Jestes w tym dobra. 
-A Ty?
-Ja Jestem wampirem - zasmial sie. -Mi nikt nie podskoczy. Szczegolnie ludzkie pomioty. Jutro sie wszystkim zajmiemy do jutra Ayo.
  Weszlam do domu z kasa i polozylam sie na lozku zadowolona z. Siebie.

środa, 24 stycznia 2018

Od Ayo

   Goran ciągnął mnie jak oszalały, jakby się... czegoś bał? Ja usłyszałam coś w zaroślach i mam świadomość, że są tu wilki. Jednak w pierwszej chwili myślałam, że to one, jednak ujrzałam tylko kawałek ciemno brązowego futra - stwierdziłam, że to sarna. Wystraszyłam się nie na żarty, jednak gdy to sobie uświadomiłam - swobodnie poszłam z psem w stronę miasta.
  Odprowadziłam Gorana do mieszkania Nathana, nigdy nie zamykał mieszkania. Kretyn... W środku była ciemnica, żaluzje pozasłaniane, jak na kamienicę mieszkanie nie było małe, było w sam raz dla kogoś, kto w domu spędza tyle co nic...
  Nathan jest typem imprezowicza, mało co jest w domu. Albo zawsze gdzieś wychodzi - z Lucy czy bez - wszędzie go zawsze pełno.
  Zostawiłam psa i wyszłam z budynku krocząc przed siebie do Adriena.
-Ayo! - krzyknęła... no właśnie, o wilku mowa.
-Lucy... - uśmiechnęłam się i podeszłam do przyjaciółki.
  Po uścisku ta wariatka patrzyła na mnie, jakby coś się stało.
-Gdzie Nath? Właśnie do niego szłam...
-O, nie ma go... Poszedł... gdzieś. Nie wiem gdzie, spotkałam go w lesie i zniknął... podobno na chwilę.
  Skwasiła nagle minę, jakby w zamyśleniu i jednocześnie zmartwieniu.
-Mniejsza... a Ty? Gdzie się wybierasz?
-Do Adriena.
-Po co...? Wiesz, że znajomośc z nim nie jest najlepsza... Miałaś z nim nie rozmawiać! Ten chłopak jest zły...
-Nie jest, nic sie nie powtórzy.
-To wiem. - odparła zła, po czym odeszła.
  Ja ruszyłam w swoją stronę, dziwna jakaś była... No cóż, ona odkąd ją znam jest najdziwniejszą osobą jaką poznałam.
  Weszłam do kamienicy na innej dzielnicy na samym końcu miasta. Tam mieszkał Adrien. Zapukałam na pierwszym piętrze spokojnie, czekając aż mi otworzy.
-Wejdź, wejdź... co cię tu sprowadza? Dobre połtora roku się nie widzieliśmy. - zaśmiał się i wpuścił mnie do środka.
  Zawsze był osobą mającą kasę. Nie przez dzianych rodziców, przez to, że sam zarabiał. I to całkiem nieźle. Od 16 roku życia się usamodzielnił, i utrzymywał się jako małolat z takich różnych rzeczy.
-Ale... skoro tu jesteś, musisz być tu po coś. - uśmiechnął się.
-Nie robię już tego, Adrien. - odparłam poważnie.
  Zaśmiał się.
-Nie osłabiaj mnie. Okłamiesz Nathana, siebie, Lucy, Alice... ale nie mnie, dajże spokój.
  Adrien był... mieszanką wampira i człowieka, co czyniło go nietykalnym. Urodzony jako kolejne pokolenie, jedno z silniejszych wampirów. Miejsce, gdzie same pierwsze wampiry urzędują i rządzą, ustalają zasady, oczywiście swojej rasie, to Wenecja. Jednak Adrien jest tutaj bo został spłodzony przez człowieka, co czyni go ''innym'' jednak ma niesamowitą moc, dzięki której jest jednym z pupilków. Nie boję się Adriena, jest mimo tego pierwszą, i podobno jedyną taką istotą na świecie, ma wiele zamiarów - między innymi zamordować cały ród swojej rodziny. Wtedy jemu przypada władza.
  Adrien ma niesamowitą moc, której sama widziałam, jak używa - wysysanie energii, wspomnień i sił, nawet do życia - jednak jedno takie wyczerpanie kiedyś go osłabiało, ale potem silny był jeszcze bardziej. Jednak Adrien nie żywi się w tym rejonie - poza granicami. Dlaczego? Tego nie chce mi powiedzieć.
  Czy się go bałam? Owszem. Dlatego robiłam, co kazał... kiedyś. Jedyna osoba, której się wtedy bałam. Jednak teraz wcale sie go nie boje.
-Zrobisz to, przecież oboje dobrze wiemy. - uśmiechnął się spokojnie.
-Nie.
  Wyciągnął z szuflady z poukładanymi w osobnych puszkach tzw. fotki w których były narkotyki. Pomachał mi przed oczami, następnie zrobił kreskę i podrzucił mi pod nos, podając jednocześnie dolara.
-Nie. - powtórzyłam stanowczo. - I nie będę...
-Nie musisz się mnie słuchać. Ale to nowy towar. Prosto z mojej ręki.
-Co?
-Ja sie tym zająłem - dosłownie. To wszystko jest moje. Wiele się zmieniło...
  Spojrzałam na kokainę w idealnej kresce na dłoni Adriena.
  Po to tu przyszłam...
  A więc, zrobiłam to.
-Chce tego więcej. - odparłam po chwili.
-Nie ma sprawy. Spróbuj tego - podal mi w czarnym kuferku ''coś''...
-Co to?
-Nowe, lepsze, lepiej się poczujesz. Czy kiedyś się na mnie zawiodłaś?
-Nie...
-To weź. - uśmiechnął się.
  Wzięłam to i posiedziałam chwilę ze starym... ''znajomym''... i wyszłam. Moi rodzice oczywiście o tym nie wiedzieli, gdy zaczęłam miałam 16 lat, dwa lata później od Adriena. Jednak on... umie przekonać, umie sprzedać... a tym razem dostałam to za darmo. Więc nie mogłam odmówić... tym bardziej, że mój nałóg wracał i to ze zdwojoną siłą...

Od Alexa

Wyskoczyłem przez okno swojego pokoju, który znajdował się na piętrze mojego rodzinnego domu.
-Wróć na kolację!-usłyszałem mamę mimo iż byłem już pod lasem.
-Dobrze!-odpowiedziałem.
Biegłem prosto przez leśną ścieżkę. Przeskoczyłem stary pień i skręciłem w prawo.
Słyszałem już chłopaków.
Po kilku minutach wybiegłem na polanę rezerwatu. Na jej środku mieścił się stary dom klanu.
-Siema Alex!-zawołał Jacob
-Patrzcie kogo tu przywiało..-odparł Carl
-Hej-uśmiechnęła się Mia.
-Co tam? Słychać was w całym lesie.
-Małe polowanko sobie nasi chłopcy urządzili- odparła Ewa.
Ewa była jedna z najstarszych. Każdy ją szanował.
-Nie poczekaliście?-zaśmiałem się.
-Wieczorem znowu polujemy. Idziesz z nami?-zapytał Liam.
-Niestety mama chciała abym był na kolacji ale po wszystkim się do was przyłącze.
-To super! Nie chcesz chyba abyśmy sobie pomyśleli że tracisz formę..?
-Ja bym miał tracić formę? W waszych snach-zaśmiałem się.
Carl podbiegł do mnie i zaczęliśmy się bić dla zabawy.
-Chłopaki spokój!-odparła Ewa. -Chodźcie na ciepły posiłek przed polowaniem.
Usiedliśmy w domu, wszyscy razem przy stole. Jak jedna wielka rodzina, bo taką byliśmy.

***

Po posiłku rozmawialiśmy jak zwykle o tym samym.
-Dawno nic u nas się nie działo..
-Jak to? A obecność "tamtego"?
-Ale on jest nieszkodliwy.. poza tym nie poluje na naszych terenach.
-Rozszarpał bym go za to-odparł Jacob.
-Spokojnie... ale to co brakuje wam wrażeń?-zapytałem.
-Tobie łatwo mówić. Ty ich najwięcej zabiłeś.
-Nie czuję się przez to lepszy.

***

Wieczorem po rodzinnej kolacji pobiegłem do chłopaków. Kiedy już byłem pod domem Ewy wybiegli do mnie.

Podobny obraz

-Wreszcie! -zawołali.
Pobiegliśmy w las. Chłopaki radośnie krzyczeli.
Poczułem dziwny zapach. Chłopaki też go wyczuli. Zaczęliśmy biec w tamtą stronę.
Wybiegliśmy na polanę. Zobaczyłem na niej dziewczynę. Nie pochodziła stąd. Czarnoskóra piękna młoda dziewczyna. Na nasz widok przestraszyła się. Czułem to mimo iż dzieliła nas cała polana.
Jak gdyby nic przeszliśmy się po brzegu lasu. Obserwowałem ją. Nagle zza krzaków obok niej wybiegł pies. Kiedy nas zobaczył zawrócił a ja warknąłem.

Podobny obraz

Weszliśmy do lasu...

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Od Ayo

   Złapałam mój czarny, szmaciany i poobdzierany plecak i ruszyłam po schodach prosto do drzwi. Była piąta rano, mama wstała by się napić wody. Stała tak w kuchni i obserwowała mnie, pędzącą do wyjścia. 
-A t...
-Nie wiem, kiedy wrócę. - wyprzedziłam ją tylko, przeczesałam długie, czarne włosy sięgające do pasa i związałam je pospiesznie w kucyka. 
  Szłam ulicą, z miną niezadowolonej z życia dziewczyny. Z najbardziej znudzoną miną wszechświata - a jednak - w duszy śmiałam się do niego. Kroczyłam twardo, ignorując spojrzenia sąsiadów. Mój wygląd nie był typowy dla - jak to mnie nazywają w szkole - murzyna. Byłam ciemniejsza, jakby moja skóra była w kolorze ciemnej, gorzkiej czekolady i taka też byłam. Nie czułam zbyt uczuć, jedynie do kogo - miłość do ojca. 
  Matka i owszem, zapewniała mi cudowne dzieciństwo i życie, za co jej będę wdzięczna do końca życia. Na swój sposób ją lubię - uwielbiam jej poczucie humoru, jej piękno, bo kazdy jest na swój sposób taki - była kobietą wspaniałą jak i wspaniałą matką. 
  A Nathan? Był kompletnym skurczybykiem i gnojem. Doceniał matkę jednak z ojcem sie nienawidził. Dla matki skoczyłby w ogień, jedank nie dla ojca. Nawet powieka by mu nie drgnęła. Niemożliwe do pojęcia? A jednak. Taka prawda. Poznałam go, ten idiota jest po prostu... właśnie, idiotą. 
   A masło jest maślane. 
  Uwielbiałam spacerować sama, w sobotnie poranki. Niedaleko był przecudny las, w którym pachniało po deszczu, było kolorowo, cicho i fantastycznie. Marzyłam, by kiedyś zaszyć sie w domku w górach, mieć taką... chatkę, oprócz swojego domu, w którym na co dzień bym urzędowała. 
  Usiadłam na mchu, obok konara grubego drzewa, oparłam się plecami i wpatrywałam w niebo. Mokra trawa i mech nie przeszkadzały mi, w końcu podobno jak mówią ludzie ''jestem z dziczy i jestem dziwadłem''. Mimo to serdecznie uśmiecham się do ludzi i witam się z nimi. Bo co? Nie będę porównywać się do nich i pokazywać, że te słowa mnie bolą - bo nie bolą. 
  Wyjęłam telefon, podpięłam słuchawki i wsłuchałam się w fantastyczny utwór Sia - Helium. Uśmiechnęłam się pod nosem, sama do siebie. Zaczynało powoli wychodzić słońce. Rodzicom nie przeszkadzało, że wychodzę i wracam kiedy chcę. Tata zawsze mówił do mnie ''kocie'', bo według niego byłam jak kot. Miałam swoje drogi, swoje humory, swoje przekonania i nikt nie potrafił ich zmienić. I co najważniejsze - wracałam kiedy chciałam.
  Nagle dostałam w twarz z liści i ktoś na mnie padł. Słyszałam w tle szczekanie Gorana, psa Nathana. Odepchnęłam go z lekkim uśmiechem, jednak zaraz zniknął gdy zobaczyłam jego tępy wyraz twarzy. Jego ciemne włosy roztrzepane na wszystkie strony, ubrany swobodnie, w jeansy i skórzaną kurtkę ojca. Goran szczekał jak oszalały, ten kundel... w prawdzie nie kundel... była to rasa rottweilera, wielkie, roczne psisko z rozdziawioną japą jak koń. Jednak uwielbiałam tego psiaka, objęłam go, gdy walnął sie na moje nogi dosłownie mi je miażdżąc.
-Co tu robisz, głąbie? - spytałam obserwując go wzrokiem mordercy. 
-A ty zawsze taka radosna? 
-Tak. Jakbyś chciał wiedzieć. Co tu robisz?
-A... wiesz... - zakłopotał się. - Jestem na spacerze z Goranem. - odparł luźno.
-Twoje wahanie nie gwarantuje autentyczności. 
-Nie interesuj sie, co ci do tego?
-Że okłamujesz rodziców. A Lucy? Gdzie twoja dziewczyna? Olewasz ją.
-Byłem u niej na noc.
-A, no widzisz? W ogóle mnie jednak twoje życie nie obchodzi. Jednak Lucy to moja przyjaciółka, więc ją zranisz a ja sprawię,że kastracja to będzie pikuś przy tym co ci zafunduję.
-Jak zwykle ostry język, nie, Ayo? 
-Spieprzaj. 
  Usłyszeliśmy wycie wilków. Dosyć przerażające, jednak mnie nie ruszyło. Goran polożył uszy po sobie a ja uniosłam brwi.
-Goran, ty byś te wilki jednym kłapnięciem potrzaskał.
  Nathan wyprostował się, i wstał. 
-Zaopiekuj się Goranem, musze na chwile lecieć...
-Co?! Dokąd, kretynie!? Nie wezmę tego bydlęcia ze sobą, on ciągnie...!
  Jednak on odbiegł szybko, a ja zostałam sama z bydlakiem...