czwartek, 29 marca 2018

Od Cathy

   Trzeba było zacząć działać. Moje pragnienie w mieście się nasilało, potrzebowałam ludzkiej krwi. Przemiana z łap Volturii to inna rzecz niż od normalnego wampira, tak tłumaczyła mi to Lucy. Mojego pierwszego głodu nie zaspokoi krew zwierzęca, więc musiałam udać się czym prędzej na polowanie. Ale... nie chciałam mordować ludzi... Starałam się wytrzymać jak najdłużej.
-Przyda nam się pomoc osoby trzeciej. - mruknął pod nosem Sam.
-Kogo? - warknął Christian.
-Jane. Ona umie kontrolować swoje moce i tworzyć wizje ze wspomnień z miejsc. Może...
-Chyba ocipiałeś. - parsknął mój mąż.
-Jednak... to może dobry pomysł... - zaczęłam.
-Jane nie-po-ma-ga. Uświadom to sobie, skarbie. - przerwał mi nie dopuszczając nikogo do słowa.
-Kto to Jane? - spytał Jacob.
   Odwróciłam się do wilkołaków stojących jak słupy soli obserwując naszą kłótnię.
-Nasza siostra. - sprostował Sam. - Z nią byłoby łatwiej...
-Mamy też czarownicę. Lucy powinna być tu z nami.
-Nie będę jej narażać. - wtrąciłam.
-Co robimy? - przerwał nam Alex.
   Wszyscy ucichli. W końcu Sam zaproponował.
-Może wrócimy wszyscy do domów i jutro spotkamy się tam gdzie dziś, w lesie. Jeśli będziemy działać razem na pewno damy radę.
   Wilki spojrzały po sobie nie do końca pewne.
-Możemy działać osobno, ale wtedy pójdzie nam wolniej. - skomentowałam. - Ja wracam do domu, dziecko na mnie czeka... - machnęłam ręką i postawiłam kroki do przodu.
-Dobra, umówmy się tak. - postanowił Alex.

   W domu mama już spała wraz z tatą a Lucy z Nathanem opiekowali się naszym synkiem. Uśmiechnięta złapałam w obięcia Ethana.
-Długo was nie było. - wstała do mnie Lucy.
-Tak, musieliśmy załatwić pewną sprawę...
-To już się nie powtórzy, Cath będzie tu cały czas.
-Co? Pomogę wam...
-Wyjedziesz z Ethanem. - postanowił nagle Christian. - Potem ja do was dojadę.
-Nie ma mowy, nigdzie cię tu nie zostawię ani Alyssy. - ściągnęłam brwi.
   Nathan wyszedł by zostawić nas samych. Lucy jeszcze się wahała, chciała wiedzieć o co w ogóle chodzi. Jednak nikt nawet nie dał dojść jej do słowa.
-Ryzykujesz życiem naszego syna, Cathy. On jest zagrożony, Aro niedługo zechce zobaczyć nową członkinię Volturii jako wampirzycę, niezwłocznie będzie chciał to sprawdzić. Poza tym, jeśli zobaczy wspomnienia Jane albo Enzo, bo Klaus na pewno się sprzeciwi... to zjawią się tu szybko i zrobią nam piekło.
   Wpatrzona w jeden punkt starałam się ustalić jakąś decyzję. Jednak nie mogłam przecież zostawić Christiana i Alyssy, która potrzebuje pomocy. Nie zniknęłaby bez słowa. Poza tym... Sam tego nie pokazuje ale widzę jak się martwi.












 
-Mamy siebie, obronimy naszego syna. To on się liczy.
   Spojrzał na mnie zrezygnowany i westchnął.
-Musimy coś zrobić, działać. Znam swoją rodzinę. Oni zawsze wszystko sprawdzają, za wiele przeszli, jak ja czy ktoś z mojego rodzeństwa, by odpuścić rzecz, a raczej jedną z wybranek i nowego członka Volturii. To dla nich poważna sprawa.
-Domyślam się, ale wybacz... Kocham Cię, szanuję twoje decyzje ale nie możemy wyjechać właśnie teraz.
   Sam  wszedł do środka drzwiami ogrodowymi. Spojrzeliśmy na niego zdziwieni, ja lekko się uśmiechnęłam. Czasem mnie po prostu rozbrajał.
-Pierwszy raz się zgodzę z moim bratem, Cath. - usiadł na kanapie.
-Jednak ja się nie zgadzam! - odparłam oburzona pół szeptem i wtuliłam w siebie bardziej synka. - Troszczę sie o tych, których kocham i będę ich chronić. A... polubiłam tą dziewczynę, jest siostrą Alexa, poza tym z tego co widzę twoją wybranką. Wybaczcie, ale nie zgadzam się.














   Sam, gdy wspomniałam o Alyssie dziwnie zareagował. Złapał się za głowę i westchnął ciężko. Nagle poczułam potworny głód. Jedną ręką złapałam się za brzuch, drugą podtrzymując Ethana. Lucy w końcu mogła się odezwać, podeszła do mnie powoli.
-Musisz się nakarmić... Wezmę Ethana i go położę.
-Nie, ja chcę go położyć...
   Poszłam do jego kołyski w tymczasowym pokoju w którym spałam ja i Christian i położyłam spać synka. Pogłaskałam go po głowie, przyśpiewałam kołysankę i usnął momentalnie. Uśmiechnęłam się. Kochałam tego małego rozrabiakę, mimo to że uwielbiał wyrywać mi wręcz włosy i podgryzać mi palce swoimi malutkimi kiełkami.
   Lucy została z nim, musiała go pilnować. Nie mogliśmy ryzykować.
   Gdy zeszłam na dół Sam dyskutował już z Christianem. Podskoczyłam na ramiona męża, a ten przerzucił mnie przez ramię i stałam przed nim plecami, objął mnie w pasie a ja wtuliłam się w niego.
-To zemsta za tamtego, ale za co? Alyssa nie jest winna, tylko ty. - główkował Christian.
-Bo... to... to jest wabik. - oświeciło mnie. - Gdybym ja...
-Dajcie spokój... - parsknął Chris.
   Sam uciszył go chcąc mnie słuchać dalej.
-Daj jej mówić.













 -Gdyby mi ktoś zabił ukochaną osobę trafiłabym w czuły punkt, nie bezpośrednio... ale tak, by cierpiały obydwie...
   Sam spojrzał na mnie załamany i jednocześnie zamurowało go. Chyba wolał, by to nie była prawda, widziałam, jak bolało go to, że nie wie co się z nią dzieje i czy ją jeszcze zobaczy. Chyba... chyba by tego nie zniósł, mimo, że krótko sie znają. Ale myślę, że to była i jest miłość od pierwszego wejrzenia.
-Musisz iść na polowanie. Idziemy. - Chris wyszedł z Samem, a ja pobiegłam za nimi.
-A ja to co? - prychnęłam.
-Zapomniałem o tobie, kotku. - zaśmiał się mąż.
-Zasadzę ci kopa...
   Urwałam. Poczułam człowieka. Byliśmy niedaleko drogi na wyjazd z rezerwatu. Chłopaki chyba nawet nie zauważyli kiedy zniknęłam, po prostu zjawiłam się przed autem. Prowadziła jakaś dziewczyna,młoda. Wysiadła, krzycząc na mnie jak oszalała, czy jestem nienormalna, oszalałam itp. Mnie to tylko podsycało, nie panowałam nad tym. Musiałam... Jednak walczyłam ze sobą bardzo wytrwale...











   Upadła ledwo żywa, wykrwawiając się nie mogąc wydusić żadnego dźwięku. Jej tętnica była przegryziona na wylot, gardło rozszarpane. Czułam jak jej krew dociera do moich wymarłych żył, poczułam, jakbym dostała zastrzyk adrenaliny w całe moje ciało. Organizm zaszalał momentalnie, chciałam więcej. Więc wypiłam z niej co do kropli a ona tylko wydawała z siebie dźwięk bólu, tak cichy, że ledwo mój zmysł słuchu mógł w stanie zlokalizować co mruczy pod nosem.
   Opadła martwa na ulicę. Zjawili się chłopaki... nie byli zadowoleni.
-Dobra, zostawiamy ciało. Gardło ma tak rozszarpane, że nawet nikt się niczego nie domyśli. - skomentował zrezygnowany Sam.
-Dobra, uspokój się. - objął mnie Christian.
   Widziałam po nim, było to widoczne nie tylko dla mnie, że źle się czuł z tym, kim się musiałam stać. Ale Jane... uratowała mi życie. Tylko pytanie... tak jak mówił Chris... po co...?

   Rano gdy się obudziłam w łóżku z moim mężem dopiero dotarło do mnie co ja najlepszego zrobiłam. Nie było mi z tym źle, po prostu miałam lekki wyrzut sumienia. Więc... tak to jest, po morderstwie przez wampira...? Zero uczuć, przejęcia, moralnego niepokoju czy współczucia jej rodzinie czy samej osobie zmarłej?
   Wstałam do Ethana i poszłam do kuchni go nakarmić. Rodzice byli w pracy, była tylko Lucy i Nathan którzy jeszcze smacznie spali. Gdy wyglupiałam się z synkiem Chris właśnie się zbierał.
-A Ty gdzie? Idę z tobą...
-Nie. Tym razem zostajesz z naszym synem. Nie pozwolę ci ryzykować. Koniec kropka.
   Nic nawet nie powiedziałam, był tak szybki i konkretny, że zabrakło mi na ten moment jakichkolwiek słów sprzeciwu.
   Może miał rację... musze spędzić dzisiaj czas z synem... Cały dzień tylko we dwoje...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz