Wsiadłem do samochodu Klausa i wszyscy pojechaliśmy do naszego rodzinnego domu, wampirzej rezydencji w środku lasów Mystic Falls. Jane stanęła przede mną, a chłopaki z niecierpliwością czekali na to co ma do powiedzenia młodsza siostra.
Jane potrafi łączyć swoje dwa dary i skonstrułować z nich wizję, nikt inny z nas tego nie potrafi. Żaden, nawet ojciec i wujostwo.
-Ona nosi w sobie dziecko, które będzie... nie do końca takie, jakie byśmy chcieli.
Wiedziałem co to oznacza, tak jak przed laty mówiła to gdy dziecko w wyniku zmieszania ras było rozpruwaczem, rodził się istny diabeł. Dziecko żywiące się krwią. Wybijaliśmy wszystkie paląc na stosie w wioskach, słuchając lamentu ich rodziców.
-Co takiego? - wycedziłem, patrząc na nią ogłupiały.
-W wizji widziałam coś, czego wcześniej nie znaliśmy.
-To nie możliwe. - wtrącił Klaus uparcie. - Co masz na myśli, siostro?
-Hybryda.
Wszyscy zamilkli, spojrzeli po sobie i słyszeliśmy swoje sztuczne oddychanie.
-Ale... - odezwałem się w lekkiej panice. - To nie możliwe.
-Może miała kogoś w rodzinie - dodał Sam. - Kto był wilkołakiem. Nie znamy przodków.
-Była czarodziejką, już nią nie jest. Jest czystym człowiekiem z grubą bogatą kartoteką, jednak w inne wspomnienia nie mogę jej zajrzeć.
-Co zrobimy? - spytałem zrezygnowany.
-I tak ciąża idzie w zaskakującym tempie. Musisz jej powiedzieć o nas albo przywrócić wspomnienia.
-Nie mogę. - odparłem. - Jest jakieś inne wyjście.
-Nie ma. Skontaktuj się z nią, ona tylko może pomóc. Ona zakładala zaklęcie i ona je zdejmie.
Zacisnąłem zęby.
-Inaczej ona umrze, dziecko przeżyje ale będzie po niej. Jeśli będzie wiedziała zaradzimy coś na to. - pocieszył mnie Sam.
-Albo zabijemy ich oboje. - dodał Klaus.
-Uspokójmy się - wtrącił nagle Enzo, który cały czas siedział cicho. - Powinniśmy dać Christianowi czas do namysłu. Aro i reszta się nie dowiedzą, zachowujemy się jak gdyby nigdy nic.
-Owszem. - Jane oderwała wzrok od ściany i zerknęła na mnie. - Jednak masz skontaktować się z nią. Tylko ona coś na to poradzi. Ona ma wgląd w jej życie i rozwój ciąży. Jeśli Cath się nie dowie prawdy narobi nam problemów, zacznie łazić po ginekologach, lekarzach... wiesz, że jedno i drugie wiąże się ze śmiercią.
-Co ja mam zrobić, Jane?! - krzyknąłem wściekły.
-Ratuj ją. - wzruszyła ramionami z lekkim uśmiechem.
Wsiadłem do samochodu i znalazłem ją. Umówiłem się na spotkanie z czarownicą, która nie była mi obca. Była najbliższą, BYŁA, bo Cath o niej nawet nie pamięta, przyjaciółką.
-Coś poszło nie tak? - usłyszałem jej głos za plecami.
-Masz mi pomóc odkręcić to gówno.
Uniosła brwi, rozbawiona i dała mi kuksańca w ramię.
-Oszalałeś, nie da się.
-Wszystko się da. Co chcesz w zamian?
-Odzyskać przyjaciółkę. Zobaczyć ją.
-Nie pozwolę na to by cierpiała i by mieszano jej w głowie.
Uśmiechnęła się cynicznie.
-Oooh, słodkie.
-Lucy, nie wku... denerwuj mnie. Jak tu stoję, błagam cię, mam klęknąć? Klęknąć mam?!
Roześmiała się.
-Daj spokój, jesteśmy przyjaciółmi, nie musisz mi się oświadczać. - zażartowała.
-Już się oświadczyłem.
Spoważniała.
-Proszę...? - wycedziła pełna szoku.
-Oświadczyłem się jej. Jest w ciąży... ale to skomplikowane.
-Więc mi opowiedz. - poprosiła.
-Przespała się z wilkołakiem i potem ze mną...
-Ouch. - przegryzła wargę. - Mów dalej...
-Chodzi o to, że... Jane widziała płód.
-Poznałeś je ze sobą...?!
-Tak. Całe Volturii oprócz ojca i wujków.
-Fatalnie. Dobra, załatwię sprawę pod warunkiem że pozwolisz mi sie z nią zobaczyć. I sprawdzę dokładnie ten płód.
-Ładuj się do auta. - westchnąłem.
W domu gdy wszedłem z Lucy Cath coś przekładała, układała i porządkowała. Lucy nie dała się ponieść emocjom, jednak przytuliła ją nagle. Cathy nie wiedziała, co ma zrobić, ale gdy ją ujrzała czarownica złapała ją za skronie i wypowiedziała jakieś... łacińskie brednie. Ja stałem jak debil z tyłu i obserwowałem co się wydarzy.
Cath zemdlała, szybko zjawiłem się przy niej podtrzymując ją przerażony.
-Coś ty narobiła?!
-Połóż ją na kanapie...
Po chwili Cath przebudziła się.
-Moja głowa...
Wiedziałem, że z częściowym przywróceniem pamięci mogę mieć kłopot. Jeśli miłość do mnie była udawana, uczucie do mnie zniknie. Zacisnąłem pięści i schowałem twarz w dłonie.
-Lucy...? - wycedziła, i przyjaciółki się objęły. - Gdzie Christian...? - spytała.
-Tu jestem. - poderwałem się do niej.
-Co pamiętasz?
-Część... czemu... miałabym nie pamiętać... Christian...?
-Usunąłem ci część pamięci bo wiedziałem jak pragnęłaś normalnego życia... I dałem ci to, ale w tej sytuacji...
-Kocham Cię, Christian... Nic tego nie zmieni. Tylko... co teraz będzie z dzieckiem?
-Twoje dziecko to hybryda, coś, czego narodzin możesz nie przeżyć, ale dziecko tak... Jest sposób, byście oboje przeżyli...
-Jaki...? - spytała.
-Tego dowiesz się w swoim czasie. Dziecko będzie głodne, do momentu porodu musisz się uspokoić, nie myśleć o niczym złym. Wtedy nasz sposób się sprawdzi...
-Ty... - spojrzała na mnie. - Jesteś wampirem...? - spytała roztrzepana.
-Tak, Cath.
-A twoja rodzina...?
-Też jest. Jesteśmy pierwszymi wampirami, nazywamy się Volturii.
-Mordujecie...? Mówili o was w Hogwarcie... Pamiętam tylko to o nadnaturalnych istotach...
-To było konieczne, żeby cię nie stresować, gdyby zachować twój poprzedni stan nieświadomości byś wydała Volturii i cały nasz świat, musieliby was zabić.
-Nas...?
-Ciebie i dziecko.
Westchnęła ciężko.
-Muszę... iść do kuchni... - wstała powoli i odeszła trzymając się za brzuch.
-Będzie musiała pić krew, by żywić hybrydę.
-Wiem o tym, Lucy. - warknąłem. - Nie podoba mi się to...
-Nasz sposób i plan zadziała. Tylko niech dotrwa do ciąży... Będę badać jej płód, wszystko będzie przez magię i na spokojnym gruncie. Wiem co mam mówić a czego nie...
Miałem pewne obawy... co dalej...?


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz