Rodzeństwo wgapiało się we mnie z niedowierzaniem. Nigdy wcześniej nie dopuszczałem do siebie, co dopiero do myśli rodzeństwa fakt, że jest tylko wyjście tak brutalne i bez serca - ale tak, trzeba było to zrobić. Po cichu i tak, by każdy myślał, że sam zginął lub coś złego mu się przytrafiło z jego własnej głupoty.
Czułem się zobowiązany za brata opiekować się Cath, jednak wyręczał mnie w tym Klaus, który chyba odpuścił sobie Lucy i zakręcił się w okół dziecka a potem samej dziewczyny. Nie miała szczęścia do życia, szczególnie, że aktualnie straciła dwóch najważniejszych mężczyzn w życiu. Straciła - bo podjąłem decyzję, choćby bez rodzeństwa.
-Zgłupiałeś do reszty. - odparł wściekły Enzo i w szoku odwrócił wzrok.
-Ja też nie jestem za tym, żebyś działał w ten sposób. - zaczęła Jane. - Nigdy nie wybierałeś takiego kroku jeśli chodziło o nas, o Christiana tym bardziej.
-O waszym losie nie decydowałem, sami doskonale sobie radziliście. - machnąłem ręką odparowując temat.
Klaus wpatrywał się w nas jakby tylko czekał na wyrok.
-Powinniśmy go uratować... - zaczął Enzo.
Zacisnąłem pięści i spojrzałem na nich po kolei.
-A on by wam pomógł? Choć raz pomyślał? Zawsze myślał o swoim tyłku...
-Nie mów tak, mi pomógł uciec z Brytyjskiego więzienia. - wtrącił Enzo. - Nie byłoby mnie tu, gdyby mnie nie wyciągnął, spłonąłbym.
Westchnąłem ciężko.
-Nie mogę narażać wszystkich przez to, że..
-On nas potrzebuje. - przerwała mi Jane. - Jest naszym bratem, potrzebuje nas teraz i naszej pomocy nie patrząc na to jaki jest. Cath potrzebuje nawet takiego dupka.
Klaus odłożył szklankę i poderwał się obserwując dziwnie Jane. Oboje spiorunowali się wzrokiem. Każdy z nas czuł do niego szacunek większy niż my sami do siebie. Był najstarszy, był założycielem Orleanu, następcą Volturii i on mógł podejmować decyzje za nas wszystkich w ważnych sprawach... Jane się go nie bała, ja również. Jednak dla Enzo i Christiana zawsze był to mocny przeciwnik któremu nie wchodzili w drogę. Dlatego Klaus był niezbędny, jeśli mamy pomóc bratu.
-Nie sądzę, że go wyciągniemy. Ostatniego czasu byliśmy o krok od wsadzeniu go do grobowca, uważam, że tym razem powinniśmy zrobić to samo.
Jane i Enzo spojrzeli na siebie i potem na starszego brata.
-Nie zdobędziesz Cath czułym zgrywaniem tatusia. - warknął Enzo.
-Ona kocha tylko Christiana. No i jednocześnie Alexa... - dodała Jane.
-Czemu mówicie o mnie gdy jestem nieobecna? - nagle zjawiła się znikąd Cath.
Spojrzeliśmy na nią wszyscy jak poparzeni. Wszystko słyszała...?
-Ależ spokojnie - zaśmiała się. - Co robimy w końcu z moim agresywnym, bezlitosnym mężulkiem? - walnęła się na kanapę obok Jane.
Jane obserwowała ją pełna podziwu, że nikt jej nawet nie wyczuł. Jest pół-wampirem, powinniśmy ją czuć z kilometra.
-Nie wiemy... - mruknęła Jane.
-Klaus - zaczęła, spoglądając na niego. - mam nadzieję, że nam pomożesz.
-Wątpliwe. - odparł chłodno.
-Och, Klaus... przecież wiesz, że jestem mężatką, mam dziecko...
-To nie problem.
Nie odpuszczała, z zainteresowaniem przyglądałem się im, gdy Enzo nagle przerwał.
-Zaraz, w trakcie waszej idiotycznej wymiany zdań i przekomarzania się, nasz brat zniszczy miasto.
Zamilkli.
-Dobra, jaki jest plan?
-Klaus najpierw musi zadziałać. Na dole w piwnicy jest wejście do naszego grobowca ale także do izolatki. Nada się.
-Super. - westchnęła Cath na moją propozycję.
-Musicie sie streszczać. - zaczął Enzo. - Musimy szybko działać, zniknął nam z pola widzenia. Obawiam się, że mógł obudzić już kogoś...
-Elijah i Lilith? - sypnął Klaus. - Oboje są jak rzep na ogonie, ale łatwo można się ich pozbyć.
-Nam nie, dobrze wiesz, że Lilith...
-Zamilcz, bo się pogniewamy. - odparł poddenerwowany Klaus do Enzo.
-Dobra, działamy. Zanim wilkołaki się wściekną i nam przeszkodzą. - zignorował Klausa.
Do dzieła.
Pozostawało w głowie jedno... co z Alyssą?





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz