wtorek, 3 kwietnia 2018

Od Sama

   Nie miałem pojęcia co myśleć. Mój brat kompletnie zwariował, miałem nadzieję, że rodzeństwo ogarnęło to co miało ogarnąć a ja mogłem się zająć przywracaniem starego Christiana do normy...
   Alyssa została przywieziona do swojego domu, choć miałem wątpliwości, że to dobry pomysł. Nie komentowałem, wolałem pozwolić im by na razie nie robić zmian i nie denerwować siebie nawzajem. Ona i tak była nieprzytomna, jednak wolałem by zajęła się tym profesjonalistka.
   Lucy zjawiła się szybko i użyła magii by wyssać z niej tojad. Praktykowała magię medyczną jak i studiowała medycynę, więc znała się na rzeczy dziewczyna. Lubiłem ją, tak jak czarownice się nienawidzą z wilkołakami i wampirami tak ja ją polubiłem.
-Powinna obudzić się w ciągu godziny. - odparła a ja zabrałem ją na bok.
-Co z Cathy? - spytałem zaniepokojony.
-Ma rozbitą głowę, jeszcze przemiana się do końca nie dokonała... i jest rozbita, nie rozumie tego co się stało Christianowi... Sam, trzeba z nim zrobić porządek...
-Postaram się, na razie miałem ważniejszą sprawę...
-Tak... miłość, co? - uśmiechnęła się i położyła mi dłoń na ramieniu. - Wszystko wszystkim jednak... staraj się nie pozwolić by to i to kolidowało ze sobą...
   Odeszła klepiąc mnie po ramieniu.
-Musimy iść na zebranie, Alex. - odezwał się Jacob.
-Nie mogę jej zostawić. Znów tu ktoś po nią wróci...
-Zostanę. Jeśli mogę... - zaproponowałem ostrożnie. - Nic jej nie zrobię...
-Akurat! - parsknął.
-Może to dobry pomysł, nie będzie nas ledwo godzinę... - zaczął Jacob.
-Dobra. Niech będzie. - mruknął pod nosem, niechętnie... Alex.
   Nie obchodziło mnie to. Wolałem zostać przy niej, choć tak spieszyło mi się ratować brata z tego gówna, w które się wpakował.
   Oparłem się o ścianę i zastanawiałem się jakim cudem mój brat mógłby wrócić do normalnego stanu...? Jeśli nie zadziała prośba i litość... będziemy inaczej sobie radzić...














   Moją umiejętnością z rodu Volturii było panowanie nad ogniem. Trudny przypadek, bo zawsze miałem z nim problem, jednak nad wyraz łatwy w obsłudze. Ogień to niszczycielski żywioł, ja zawsze byłem od dziecka trudny wychowawczo, jednak ten dar co dziwne od urodzenia go mam a ogień przyciągał moje zainteresowanie odkąd pamiętam. Każdy dar ma powiązanie w historii kogoś, nie ma wyjątków. Dar się ma lub nie... zawsze go doceniałem jednak nigdy starałem się nie używać... co nie oznacza, że nie użyję go by w razie konieczności unicestwić brata, jednak to była... konieczność. A ja zawsze znajdowałem rozwiązania.
   Spojrzałem na Alyssę. Czułem, że jestem w stanie ją ochronić choćby nie wiem co. I nie spocznę dopóki nie znajdę sprawcy, bo wiedziałem, że to nie koniec. Za dużo w życiu spotkałem ludzi czy nie ludzi i zbyt wiele przeszedłem by nie znać świata.
   Nagle zadzwonił telefon Alexa, który rzecz jasna zostawił. Zignorowałem go, jednak gdy numer nieustannie dzwonił pozwoliłem sobie odebrać i powiedzieć, że właściciela nie ma i będzie później... jednak w słuchawce rozległ się głos jakby... zmieniony.
-Malutka psinka sobie jeszcze śpi? - zaśmiał się głos.
-Czego chcesz od niej?
-Od niej? To ty, Sam? Od was wszystkich, po kolei.
-Jeśli ją tkniesz kolejny raz, jesteś martwy. Obiecuje ci to.



   Osoba po drugiej stronie tylko się zaśmiała i rozłączyła. Poczułem w swoich zamarzniętych żyłach jak pulsuje w nich ogień. Westchnąłem i uspokoiłem się nieco obserwując Alyssę. Nie mogłem stąd odejść, teraz się upewniłem. Czy mnie Alex wyrzuci czy nie, czy ktokolwiek inny... Ja nie wyjdę.
   Po dwóch godzinach wrócił zdyszany Alex w towarzystwie jak się zdaje swojej partnerki stadnej. Stadna? Bo widac było, że chłopak jej prawdziwie nie kocha. Takie rzeczy widać gołym okiem. Gdy wilczyca mnie ujrzała schowała się za ramieniem Alexa. Westchnąłem teatralnie, nie dziwiłem się po chwili, skoro była w ciąży.
   Cathy, dzięki Bogu, że tego nie widzisz.
-Co wampir robi przy Al?!
-Spokojnie, pomógł nam ją odratować.
-Akurat... - prychnęła.
-Obudziła się? Choć na chwilę? - zignorował dziewczynę Alex.
   Przeczesałem zrezygnowany włosy.
-Nie... Alex, ja tak czy siak tu zostanę... Przed domem czy w... będę miał ją  na oku.
   Spojrzał na mnie jakby był rozdarty. Rozumiał już dlaczego pomagam i dlaczego tu jestem. Spojrzał mi w oczy porozumiewawczo.
-Dobra. Tylko tak, by rodzice nie widzieli... I daj nam normalnie funkcjonować, jasne?
   Kiwnąłem głową.
-Mia, zrozum, to dla jej dobra.
-Jakby cię reszta usłyszała pomyślałaby, że upadłeś na głowę. Przecież to jeden z morderczych ras! Kochanie!
-Błagam cię, zaufaj mi. - odparł jej i wrócił się do mnie. - Cathy... jest... eh, wszystko gra? Z nią?
-Nie wiadomo. Nie doszła do końca przemiany nie wiadomo czemu... zatrzymała się w połowie... jest bardzo przez to delikatna, podatna na urazy bardziej niż  człowiek wydziela zapach krwi... jest dla nas słodsza. Jest w niebezpieczeństwie jak jej dziecko.
-Co się właściwie stało z twoim bratem? - spytał.
   Westchnąłem.
-Każdy z Volturii, z naszego rodu dostaje wyjątkowe umiejętności, dwie lub jedną albo wcale i może je łączyć w jedno. Czasem wychodzi z tego coś dobrego czasem nie... Moja siostra Jane ma moc kontrolowania bólu i czytania myśli, gdy to połączy... widzi rzeczy które zdarzą się w przyszłości. Nie muszą się zdarzyć, ale mogą. Mój brat Enzo nie ma żadnych mocy, ja jakąś tam mam... - nie lubiłem o niej mówić, lepiej, by nikt nie wiedział oprócz rodzeństwa. - ... a Christian... kontroluje niewiarygodną siłę i może wyłączyć człowieczeństwo, co nie każdy wampir potrafi i może... jednak to dzieje się z zbyt wielkim stresem, agresją i obawą... Christian zawsze był do tego słaby... więc gdy jego moce się połączyły okazały się być stworzonym demonem. Jego własnym... I problem się pojawia... bo nie wiemy z rodzeństwem co chce zrobić Cath i dziecku... czy w ogóle chce coś zrobić... Bądź tu przy niej teraz, ja muszę skoczyć właśnie w jego sprawie...
 

   Zniknąłem na dosłownie pól godziny, bo tyle zajęła mi rozmowa z moim niewychowawczym bratem. Czekałem na niego z Jane w naszym rodzinnym domu, gdy to okazało się, że on tam był. Zdziwiona Jane spojrzała na mnie i na brata pijącego whisky.
-Czekacie na kogoś? - spytał lekko rozbawiony.
-Kiedy tu wlazłeś? - spytała siostra.
-Jakieś pięć minut temu... Napijecie się?
-Nie, spadaj. - odburknęła.
-To nie. Zdrówko.














   Spojrzałem na brata, wyrwałem mu szklankę i wyrzuciłem trafiając w lustro. Siostra westchnęła załamana.
-Boże, moje ulubione salonowe lustro...
   Zerknąłem w oczy brata. Sam demon, któremu kiedyś, przed setki laty miałem okazję spojrzeć w ślepia. Zacisnąłem zęby.
-Daj sobie pomóc. - wyszeptałem. - Wróć do nas... do Cath...
-Do tej co i tak kocha psa?! - parsknął tłumiąc w sobie wściekłość.
   Jednak nie do końca się przemienił... bronił się w środku przed tym czymś.
-Co mam zrobić, byś wrócił?
-Spieprzaj z drogi, bo cię zabiję, bracie.
-To zrób to. - stanąłem pewnie, prowokując go.















   Niepewnie chciał się zamachnąć, ja nie ugiąłem się nawet o centymetr. Zbliżyłem się do brata i rozbawiony odparłem.
-Kochasz Cath, masz z nią dziecko nie ważne kto jest ojcem... została porwana przez naszego ojca, skatowana, a Ty bawisz się w ceregiele, jeszcze w środku nie do końca wiesz, co robisz? Nigdy nie przegrywałeś a teraz... przegrywasz z samym sobą. Drugi raz się dajesz, bracie.
   Christian wściekły zniknął, po prostu. Spojrzałem na siostrę.
-Po co to robisz? Teraz muszę naprawić to za ciebie...! - prychnęła i zniknęła za drzwiami.
-Łatwiej nie można było tego załatwić... - mruknąłem.
   Potem skontaktowałem się z Klausem. Znałem jego słaby punkt, ja zrobiłem swoje i teraz to Klaus musiał zmusić obrażoną na Chrisa Cath, by zaczęła z nim rozmawiać i prowadzić grę słów, takie, które go zabolą i jednocześnie dotrą do jego duszy.
   Klaus i ja zaśmialiśmy się. To nie było proste.
   Powiem więcej... -  Podejrzewałem, że Klaus nie miał najlepszych zamiarów co do przyszłości wspólnej Cathy i Christiana...




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz