Powoli obchodziliśmy każde miejsca. Ja z Bronxem chodziliśmy po parkingu z tyłu a reszta była w środku. Gdy usłyszałam kroki szybko wyjęłam bat i ściągnęłam jednego do siebie.
Zasyczał, jednak paraliżujący przyrząd nie pozwolił mu się ruszyć. Wyjęłam pistolet kołkowy i strzeliłam w serce i w głowę.
-Bez przesady, aż tak? - zaśmiał się wspólnik.
Spojrzałam na niego. Miałam dziwne przeczucie, że coś ukrywa... a moje przeczucie mnie nigdy nie myliło. Nagle wyleciało do nas parę wampirów, które nie powiem, były nieco silniejsze. Gdy je mordowałam myślałam o wilkołakach, czemu nie reagują, skoro hotel jest w połowie na granicy z rezerwatem? I... zauważyłam, że po przebudzeniu nie jestem taka jak kiedyś... wcześniejsze wilkołaki które mordowałam były nieokrzesane, miały do siebie tylko szacunek względem alfy, nie były wcale dobre... Albo Stowarzyszenie tego nas uczyło, mogło zamotać w głowie...
-Uważaj! - odwróciłam się i prawie dostałam, jednak Bronx wbił mu nóż w głowę, obrócił się w popiół.
-Dzięki. - mruknęłam pod nosem.
-Co ty wyprawiasz,co?
-Skupiłam się na jednym. - odparłam.
Na górze usłyszałam niezłą walkę, pobiegliśmy tam po rusztowaniu. Wskoczyliśmy przez okno a tam czekała nas spora grupa wampirów.
-Nie damy im rady. - szepnęła do Bronxa Lou.
-Damy.
Gdy nagle wparowało do środka parę wilkołaków.
Znałam ich, czułam ich znajome zapachy. Spanikowałam.
-Idziemy. - mruknęłam pod nosem i zbiegłam na dół po schodach do wyjścia awaryjnego. Reszta dotarła do mnie.
-Co ci jest!? Wilkołaków się boisz? - spytał Cole.
-Nie... oni za nas to zrobią lepiej.
-Co takiego? - wydusił Richard.
Przegryzłam wargę i nagle poczułam dziwny smród siarki.
-Ludzie... - zaczęła Lou cicho. - Demony...
-Jest tu portal...
Nagle na Cole'a wyleciał demon, z którym odruchowo ale szybko sobie poradził.
Gdy się odwróciłam nie widziałam Bronxa.
-Gdzie jest...
-Nie wiem, spadamy. - pociągnął mnie Cole do wyjścia i wsiedliśmy do auta.
Rano gdy sie obudziłam dotarła do mnie wiadomość... Cath nie żyje.
Nie... Bronx nie mógłby... nie byłby w stanie... zrobić tego sam...
Siedziałam przy toaletce myśląc co mogło pójść nie tak i kto by mógł to zrobić przede mną... nie miała chyba wrogów... oprócz mnie czy Aro.
-Jak tam? Słyszałaś już? - odwróciłam się do niego.
-Co?
-Że Cath...
-Zrobiłeś to? - wstałam do niego. - Czuję takie rzeczy, powiązałam się z nią runą łowcy.
Przegryzł podejrzenie wargę, jednak sprawiał wrażenie pełnego szoku.
-Nie zrobiłbym tego.
-A skąd wiesz, skoro...
-Zajechałem pod dom gdzie mieszkała z tą przyjaciółką. Czuć w jej domu rozpacz i smutek, nie czułem zapachu Cath. Zalatywało krwią...
-Po co zajechałeś tam? Kazałam ci?
Przeczesał włosy i spojrzał na mnie ze współczuciem.
-Lilith... słuchaj, musisz zakończyć współpracę z wilkołakami.
-To ty to zrobiłeś...- wysyczałam.
-Nie było wyjścia. Bratasz się z nimi, unikasz ich żeby nie dowiedzieli się kim jesteś, o twoich zamiarach. Znam cię, siostrzyczko.
Zamarłam.
-Siostrzyczko...? Co to ma....
-Myślałaś, że utraciłaś rodzinę... Musiałem to ukrywać, byłaś bezpieczniejsza bez tej wiedzy.
-Kłamiesz... - zadrżał mi głos.
-Nie, Lil. - zbliżył się a ja cofnęłam o krok.
-Pamiętałabym brata!
-Musiałem zablokować ci pamięć, takie było polecenie Huge'a.
-Nie mieszaj w to naszego szefa, Bronx! - krzyknęłam. - Kto o tym wiedział, co?
-Wszyscy. Całe Stowarzyszenie, wszyscy reptilianie. Był okres gdzie byłaś zagrożona, ale rośniesz w siłę. Masz dar, umiejętności lepsze od nas. Mamy dobre geny, Huge kazał zablokować ci pamięć i cię chronić. Ja przyczyniłem się do wpakowania cię do piekła. Musiałaś być bezpieczna. Jednak nie sądziłem, że się aż tak zmienisz... a teraz potrzebuję ciebie do unicestwienia Volturii, za naszą rodzinę, Lil. Nie jesteś sama. Nigdy nie byłaś.
Zebrały mi się łzy.
-Nie wierzę ci. Nie jesteś moim bratem. - spojrzałam mu w oczy.
-Jestem. Zrozumiesz to prędzej czy później. Jesteś czystej krwi reptilianem i nie brataj się z wilkami, nie wolno ci. Widzisz, co oni robią? Mieszają w głowach.
-Daj im spokój! Sama się nimi zajmę. Cel to cel, zrobię co należy. Ale zostaw mnie w spokoju. - krzyknęłam i wybiegłam. Musiałam... się przewietrzyć. Rozjuszył tylko rodzeństwo Volturii... zaczną mnie teraz szukać... Alex... jeśli się dowie... będę skończona.
Zacisnęłam pięści biegnąc przed siebie. Nie mam i nie miałam rodziny... on miesza mi w głowie.. albo... ma rację?
Stanęłam, spojrzałam w niebo i usiadłam bezsilnie w jakimś zaułku chowając głowę w kolana i bezsilnie starając się zrozumieć...





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz