poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Od Lilith

   Wszystko świetnie się układało. Nie było trudno mi odmówić, wszędzie umiałam wsadzić nosa i to bez konsekwencji czy kłopotliwych pytań. Gdy Bronx zbierał informacje jak tylko mógł, ja wróciłam po załatwieniu spraw do mojej kryjówki, mojej bazy, składu z wszelaką bronią i tam, gdzie również ukrywałam Christiana. Weszłam po schodach na piętro, metalowa, żelazna instalacja była niepewna, jednak nie obawiałam się. Byłam zwinna.
   Spojrzałam z góry na tego zdrajcę.
-Ty... cholera... co ty mi... - zaczął, jednak moja trucizna była tak silna, że niestety... trudno było mu dojść do siebie. - Zaraz cię...
-No? Co?















-Nie wybijesz nas tak łatwo. Mam... - spojrzał na palec.
   Idiota, myślał, że ich nie znam? Wszyscy mieli pierścienie, które dawały im nietykalność. Oczywiście, że musiałam to zdjąć, żeby trucizna zadziałała odpowiednio bez skutków ubocznych czy nawet wcale.
   Ledwo się podniósł opierając o siatkę. Jednak szarpał ją tak, że zrobił w niej dziurę. W tym momencie przegryzłam z nagłego stresu wargę.
-Cholera.
  Złapałam kuszę i wycelowałam w niego, gdy on był już przede mną. Złapał mnie za gardło, z dłoni wypadła mi kusza i nie wiedziałam co mam zrobić, dusił mnie.
-Jeśli dotkniesz choć raz mojego syna i Cath wyrwę ci te twoje łapy, rozumiesz?
   Puścił mnie i potrzymał się nagle o ścianę.
   Jad był zbyt silny. Verbena zmieszana z tojadem była bardzo trująca dla wampira, nie uśmiercała ich bo tylko ogień mógł to zrobić... jednak właśnie ta trucizna tak działała. Rozpalała ich w środku. Nie mogli mówić, mieli problemy z orientacją... ale chyba jad mu schodził. Powinien trzymać dłużej, był silniejszy od jakiegoś jadu.
   Spojrzałam na niego i zaśmiałam się.
-Ona jest już martwa. - odparłam krótko. - Tak jak ty.
   Wyjęłam kołek w przychowku na nodze i przebiłam mu serce. Nawet nie wydał z siebie krzyku, a szkoda... Miarka się przebrała - wszystkich miałam zamiar wybić. A jego ciało tu pozostawię, by je znaleźli. Teraz czas na dziecko wilkołaka i tego chłoptasia.
 
   Bronx powiadomił mnie, że młodsza siostra wilka się przebudziła... straciła pamięć, więc było mi jeszcze łatwiej. Wolałam wkręcić się w towarzystwo niż od razu ich wybijać. Zjawiłam się zupełnie przypadkiem na chodniku obok jego domu z walizkami, typowe, nowa sąsiadka, seksowna, zgrabna... reptilianie zawsze zwracali uwagę, szczególnie kobiety. Stąd moja manipulacja nad wyraz doskonała, świetne ciało, wręcz idealne, no i cała ja byłam idealna. Specjalnie na potrzeby łowcy musiałam wyglądać... apetycznie.
   Jednak w środku słyszałam płacz dziecka. Zakuło mnie serce. Schowałam się za murem i ciężko oddychałam, czułam w sobie znajome ciepło.
   Musiałam być silna. Zacisnęłam pięści i zmusiłam się do wtargnięcia na ich teren. I tak mnie nie czuli, reptilianie nie byli wyczuwalni dla wampirów czy wilkołaków a nawet czarownic, to łowcy.
   Zobaczyłam jak wygląda dziecko. Dziewczynka spoglądała na mnie wielkimi, niebieskimi oczami. Gdy się jej przyglądałam i oparłam ręce o łóżeczko złapała mnie za palec. Dziwnie się poczułam, serce znów mnie zakuło, poczułam dziwny ból w sercu, jakby stłumiony, niewyraźny... Byłam wściekła, miałam ochotę tak jak wszystkich zabić młodą istotę jednak... nie mogłam.














-Przestań... - szepnęłam cichutko do maleństwa i usłyszałam kroki po schodach w stronę pokoika dziecka.
   Szybko wyskoczyłam przez okno nasłuchując.
-Ktoś tu był? - usłyszałam męski głos.
-Nie, wydawało ci się. Ja nic nie słyszałam. - damski głos, najwyraźniej oboje byli zdziwieni.
   Usłyszałam śmiech dziewczynki, urodziła się ledwo parę dni temu a rosła okropnie szybko. Tak to jest z nadnaturalnymi dziećmi...
-Co tam tak patrzysz? - zdziwiła się kobieta i wyjrzała przez okno, jednak nie widziała mnie.
   Reptilianie mogli się kamuflować bez problemu w zaroślach, więc nie mogli mnie zauważyć.
-Co się ze mną dzieje... - przeczesałam włosy i odeszłam.


   Wieczorem w La Push było zgotowanie, bo gonili jakiegoś wampira. Czekałam na jednego z nich, na ich terenie nie mogłam zbyt wiele zrobić, jednak zdarza się, że ich łapsko przekroczy rezerwat. Gdy nagle wampir przebiegł na teren gdzie byłam ja natychmiast wsiadłam na motocykl i ruszyłam za nim. Uciekł w centrum, jak podejrzewałam i doskonale czułam jego smród. Linia krwi którą widziałam wiodła do zaułku i opuszczonego starego budynku. Zaczaiłam się spokojnie czekając w gotowości.
   Gdy nagle wyszedł. Zaatakował mnie, wiedział, że go śledzę. Przewrócił mnie i stanął na przeciwko. Ja obejrzałam się za nim gotowa do strzału.













-Łowca? W Seattle? Rozbiliście bank w Orleanie? - zakpił.
   Zaśmiałam się pod nosem.
-Młodzik, a taki głupi.
   Rzuciłam w niego nożem, trafiłam w bark. Celowałam w głowę, jednak zbyt szybko bym nie zabiła, wolę żeby cierpieli.
   Syknął i odrzucił nóż w moją stronę jednak uniknęłam rzutu. Wyjęłam zwykły nóż ze srebra nasączony verbeną i gdy ruszył nie spodziewając się niespodzianki przecięłam mu gardło, smród jego krwi ciągnął zapach zgniłej padliny, nie była wyczuwalna na pierwsze wrażenie, jednak gdy się ich zabijało Reptilianie to czuli.
   Spojrzałam na niego jeszcze, napawałam się widokiem.













 
   Nagle zbiegły się wilkołaki. Zdziwiona i lekko przestraszona myślałam, że chcieli mnie zabrać albo wykończyć, nie dałabym rady takiej grupce.
-Człowiek zabił wampira? - zdziwił się jeden  z nich.
-Ja... ja nawet... - zająknęłam się niewinnie i upuściłam nóż. - Zabrałam go tacie, już wcześniej mnie nachodził, nie wiedziałam że...
-Jest roztrzęsiona, gdzie mieszkasz? - spytał kolejny.
-Ehm... niedaleko, sama dojdę.
-Odprowadzimy cię.
-A wygląda ci na niewinne dziewczę? - zaśmiał się drugi.
-Trafię... - szepnęłam i powoli chwiejnie wsiadłam na motocykl. - To mój, także sobie poradzę. - mrugnęłam do nich i odjechałam.
   Nie taki był plan. Cholerne wilkołaki...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz