Bronx zgarnął mnie spod budynku gdzie znajdował się supermarket po czym doprowadził mnie do porządku w postaci zmycia rozmazanego makijażu. Nie podobało mi się to wszystko... wiedziałam już teraz, ze to on jako starszy brat ma prawo do decydowania o mnie... tak było w świecie reptilian... to najstarsze rodzeństwo dyktowało zasady życia młodszego... ustawiało je. Jednak ja wiedziałam, że się nie poddam.
Momentalnie, gdy wszystko do mnie doszło, poczułam się inaczej... pomyślałam o wilkołakach, o powrocie do Łowców... do Orleanu... Wykonać misję, zrobić co chcę, co uważam. Robić swoje jak dawniej... wybić wilki.
Gdy sprzeciwiłam się bratu gdy pociągnął mnie za rękę bym wyszła na korytarz bazy w postaci pogrożenia bronią... odebrał mi ją szybko i sam trzymał ją w moją stronę.
-Mogłabyś się nie rzucać? Mam do ciebie prawo więc musisz mnie słuchać.
Spojrzałam na niego gdy chciałam odejść parę kroków.
-Oszalałeś? - spytałam bez ogródek.
-Nie, Lilith. Słodka siostrzyczko, chcę żebyś pamiętała kim jesteś.
-Pamiętam. - wycedziłam.
-A więc powiesz mi dlaczego bratasz się z wilkami?
-Bo nawiązuję z nimi więzi. Nie rozumiesz? To podstęp.
Przez drzwi magazynu z parkingu wszedł Rich.
-Co tu się dzieje? - spytał podchodząc do mnie.
-Nie wtrącaj się.
Rich połozył dłoń na kołkowniku i spojrzał na wspólnika.
-Opanuj się. Daj jej robić to co robi, nigdy nas nie zawiodła.
-Teraz mam przeczucia. - oddał mi broń.
-Mamy misję. - zjawiła się Louisa. - Przewodniczący wampirów, Valentine Ross w Portland zjawił się ponownie. Nie zna tylko Lilith, więc musisz przebrać się za prostytutkę i uwieść go do taksówki, którą będzie prowadzić Richard. Cole będzie w środku pilnować, czy nic ci się nie dzieje. Bronx będzie obserwował poczynania Valentine'a i monitorował kontakty, smsy, gdyby do kogoś pisał. Tu masz nośnik - podała bratu hackerski sprzęt łowców.
-Idealnie, więc skoro znasz już plan idziemy.
Zjawiliśmy się w Portland w ciązu 30 minut skrótami, więc szybko się przebrałam i udawałam pracującą czekając na tego faceta.
Gdy spojrzałam na Cole'a kiwnął głową na znak, że jest tu. Szukałam go i znalazłam, usiadł przy stoliku, wszedł z grupą wampirów więc było duże ryzyko. Jednak nie obawiałam się, robiłam to co umiałam... uwodziłam.
Weszłam na scenę do rury, faceci nagle spoglądali na mnie przestając pić piwa i interesować się gołymi cyckami. Prymitywy, wszyscy faceci to tacy sami...
Gdy Val przysiadł się bliżej do stolika tym razem sam, chciała, by podszedł pod samą scenę. Nie odrywałam od niego wzroku i pokazałam palcem, by podszedł.
Uśmiechnął się i nie wahał. Miał około na pewno czterdziestki, jednak nawet mnie to nie obrzydzało, wykonywałam świetnie swoją pracę co było dla mnie najważniejsze. Nie widziałam sobie gdzie indziej, w normalnym życiu... nie dowierzałam, że Bronx to mój brat... chociaż szczerze powiedziawszy... możliwe. Mamy takie same blizny na ramieniu i ten sam kolor oczu gdy ukazujemy swoje prawdziwe oblicze reptiliana... zaczynałam w to wierzyć.
Ten kretyn uśmiechał się do mnie, a ja zakręciłam się na rurze, zwinnie, bo jako pół człowiek pół potwór nie miałam z tym problemu. Byłam zwinna i mogłam się przecisnąć wszędzie, choć po przebudzeniu miałam wiele problemów. Czołgałam się do niego i po prostu robiłam wszystko, by go zachęcić do wyjścia.
-Chodź stąd, mała. - uśmiechnął się do mnie i zbliżył.
Na pewno nie dojdzie do zbliżenia, nie będę tego robić z kimś takim, nie w pracy. A jak nie dostanie tego czego chce na pewno nie będzie problemu z zagonieniem go do taksówki.
Uśmiechnęłam się lekko i spojrzałam w oczy.
-To bierz taksówkę, chcę to zrobić natychmiast.
Zeskoczyłam ze sceny i poszłam za nim zakładając jedynie nad wyraz dziwkarskie futerko. W samochodzie gdy zaczał się do mnie zbliżać i dobierać przeszedł mnie dreszcz, wcale nie należał do przyjemnych. Mimo wszystko czułam, że nie jest łatwym przeciwnikiem do schwytania.
Zabrałam jego łapy i zbliżyłam twarz do jego.
-Spokojnie, wszystko zrobimy na miejscu, prawda?
-Można też tutaj.
Nie widziałam Bronxa, Richa ani Lou, ani też Cole'a. Wystraszyłam się, co było nie do pomyślenia. Gdy złapał mnie za nadgarstek, ściągnął lekko z ramienia futro ujrzał znamię charakterystyczne dla reptilian... - węża.
-Jedziemy, Will. - rzucił do taksówkarza.
Nie miałam broni, nie przewidziałam, że się zorientuje.
Gdy wampir za kierownicą odpalił samochód nagle dostał w głowę kołkiem, na wylot. Valentine uciekł, przed tym jeszcze szepnął mi na ucho.
-Znajdę cię zdziro i zatłukę jak sukę, rozumiesz? Czekaj na mnie, wtedy się zabawimy. - i zniknął.
Roztrzęsioną wyciągnął mnie Richard z Louisą. Bronx przyglądał się mi... nie widział we mnie dawnej Lilith, bezlitosnej, która może zabić od razu nie interesując się planem działania. Ja też siebie nie widziałam... dawnej siebie...
Na miejscu Bronx zaczepił mnie gdy reszta weszła do sali magazynowej.
-Spieprzyłaś. - zaczął.
-W taksówce miał być Richard.
-Tak, ale miałaś wytyczne czasowe...
-Wiesz co? Pieprzą mnie jakieś wytyczne czasowe.
Chciałam wejść za resztą grupy jednak zatrzymał mnie Bronx.
-Poczekaj tu. Mam z nimi do pogadania.
Nie zdążyłam zaprzeczyć, zamknął drzwi przed moją twarzą.
Podsłuchałam nieco i udało mi się podejrzeć z górnego piętra ich rozmowę.
-Co z nią robimy? Zawaliłem, ale...
-Nie twoja wina. Dobrze się złożyło, potrzebuje motywacji. To co? Idziemy sami na patrol. - spojrzał na chłopaków.
-Ta, do dzieła panowie. - dodał Cole i wyszli.
Lou chyba... nie poszła z nimi. Pewnie miała mnie pilnować.
-Wychodź, Louisa. Wiem, że masz mnie obserwować, czuję cię.
Wyszła zza ściany z kamuflażu. Spojrzałam na nią.
-Co? Kazali ci? - syknęłam na nią wściekła.
-Chodzi o ciebie, o naszą grupę... Bronx naprawdę cię pilnował przez ten czas... wszystko zaplanował...
-Czyli to prawda?
-Chodzi nam o ciebie, o to, żebyś wróciła.
-Jestem taka jak dawniej.
-Coś jest nie tak, wiesz o tym.
Spojrzałam na nią z pogardą, ona zaś mi prosto i szczerze w oczy.
-Kiedyś byłyśmy przyjaciółkami, najlepszymi, pamiętasz? Znamy się od piaskownicy...
-Nie słucham tego, Louisa... wychodzę. Pójdziesz za mną to postrzelę cię.
Poszłam do warsztatu wilkołaków, jest dzień przed pełnią, więc pewnie byli narwani, chodzili bez koszulek... a ja chciałam znać diagnozę mojego Kawasaki i ujrzeć Setha... nie, żeby coś... po prostu...
Gdy nikogo nie było w środku ja oparłam się o samochód i rozglądałam się. Pusto?
Nagle pojawił się Seth, jak myślałam, rozgogolony jakby było cholernie ciepło i obserwował mnie.
-Co tu robisz? - spytał.
-Gdzie Jack? Miał naprawić moją maszynę...
-Ale jestem ja i ja ją naprawiam. Mamy przydzielone obowiązki, więc o co chodzi?
-O to... - zająknęłam się obserwując jego ciało.
Boże przenajświętszy... daj mi żyć...
-Coś nie tak? - podszedł do mnie powoli a ja... spojrzałam na niego.
-Nie... po prostu... mógłbyś... Mógłbyś się ubrać!? - wypaliłam i odeszłam od niego stając plecami.
Wydawało mi się, że słyszałam cichy śmiech kpiny jednak zignorowałam to. Gdy zobaczyłam jak dalej działa bez koszulki starałam się olać sprawę.
-Kiedy będzie gotowa?
-Jak dam znać. - uśmiechnął się złośliwie i cynicznie pijąc sok.
-Kpisz sobie? Czym mam się poruszać?! - wybuchnęłam na serio.
Wolałam ją mieć przy sobie.
-Komunikacją miejską. - odparł beztrosko.
-Czemu właściwie ze mną rozmawiasz? Myślałam, że mnie nie lubisz?
-Nie toleruje, to co innego. Jak wyjdziesz to ogarnę ci powoli twój motocykl.
Spojrzałam na jego klatę i się rozpłynęłam. Nie mogłam wydusić słowa... po czym...
-Yhym... ta... tak... pewnie... już... już idę... - wyjąkałam jak ostatnia idiotka i wyszłam.
Gdy od razu skręciłam przez drzwi oparłam się o drzwi warsztatu... co ja wyprawiam i co się ze mną dzieje?!
Rano wiedziałam, że jest pełnia... wolałam, by żaden wilkołak od nich nie zapuścił się przez swoj teren... wtedy Bronx zadziała na złość mi... a wiedziałam, że Alyssa... nie wie o sobie... tego co powinna...
Co ja wyprawiam...?









Brak komentarzy:
Prześlij komentarz