czwartek, 12 kwietnia 2018

Od Lilith

   Powoli wszystko zaczęło się układać pod moje plany... szkoda, że nie przewidziałam, że Sam mnie zaatakuje. Zmienił się, nie sądziłam, że przy tej dziewczynie stanie się taki... bohaterski. Podniosłam się wściekła z podłogi i wyszłam oglądając się ostrożnie. Ani śladu tej wilczycy i Sama. Mogłam zaingerować w sprawę nieco anonimowo... jednak wolałam z tym poczekać. Na razie chciałam się zabawić.
   Gdy wilcza sfora akurat zajmowała się patrolowaniem, oczywiście nie wszyscy, niektórzy jak to wilkołaki siedzieli w miejscowym warsztacie, o czym się nie musiałam dowiadywać, wiele osób polecało tych chłopaków a ja pomyślałam... że moje cudo też się zepsuje.
   Zajechałam swoim motocyklem na miejsce, od razu wzbudziłam zainteresowanie chłopaków. Niestety, musiałam nieco zmienić swój seksowny i pociągający wygląd na normalną, jednak grzeczną i niewinną dziewczynę... nie było to trudne, w kamuflażu jestem mistrzem. Jak to na reptiliana przystało.
-Ty nie jesteś tą laską co poskromiła wampira? - wypalił jeden z nich.
   Wszyscy byli nieziemsko przystojni, gdy czwórka z nich zjawiła się dookoła mnie poczułam żar bijący od nich wszystkich, jednak byłam spokojna. Jakiekolwiek uczucia były mi kompletnie obce - byłam zawodowcem i oddałam całe swoje życie prawdziwej naturze łowcy.
-Tak, zgadza się... - uśmiechnęłam się nieśmiało.
   Jeden z nich mnie zainteresował, był nawet uroczy... w sumie jak oni wszyscy. Jednak nie zwracał na mnie uwagi jak reszta... zirytowało mnie to. Lubiłam gdy byłam w centrum uwagi facetów... oczywiście, kobiety nie raz uwodziłam, jeśli były homo... a przysługiwało mi to mojej pracy to jasne, że musiałam grać. I niczego nie żałuję, zawsze się świetnie bawię. A z wilkołakiem jeszcze nie było mi dane sypiać... - pomyślałam.
   Nagle do warsztatu wszedł ten Alex. Gdy tylko usłyszałam jego imię brzmiące w głosie reszty spojrzałam na niego. Tak, to na pewno on.















-Siema, Alex! Kto to zawitał?! - krzyknął Paul, jak się nie mylę.
   Cała ekipa powitała radośnie i jednocześnie dziko kumpla... jak to wilkołaki. Musiałam grać, nigdy nikt mnie nie rozszyfrował. Alex przedstawił mi się a ja jemu, robiłam słodkie oczka co jakiś czas jednak... nic z tego. Utrata obu ważnych kobiet jego życia chyba przybiła go do tego stopnia, że skupia całą uwagę i czułości na córkę... niedobrze. Musiałam wymyślić inny sposób, bo nachalnością go odsunę od siebie...
   Jednak ten sam jeden wilkołak w odosobnieniu od nas wyszedł nagle do jakiegoś auta. Zmarszczyłam brwi, o co mogło mu chodzić? Czemu tak dziwnie się zachowywał? I nie wykazywał mną zainteresowania...?
   Zła na pozór nie pokazywałam swojego zniesmaczenia, że ten jeden nie oparł się mnie. Mimo to... grałam dalej.
-Chłopaki! - nagle zjawił się kolejny.
   Ile ich jest, do cholery? Cała armia?
   Moja mina z rozbawionej coraz bardziej rzedła.
-Wiecie kto znalazł sobie pannę? Nie zgadniecie...
-Gadaj, Jake...
-Paul! - krzyknął chłopak a wszyscy wpadli w śmiech.
















   Boże, faceci to zwierzęta a wilkołaki to już w ogóle... jednak... przez chwile gdy udawałam człowieka było zabawne, oczywiście ich zachowania. Wilkołaki, chodzi mi o facetów, bo kobiety są nad wyraz dojrzałe... faceci... jak zwykle, czy to człowiek czy wilkołak czy wampir... po prostu to duże dzieci, niedojrzałe jednostki na świecie...
   Nienawidziłam facetów, nienawidziłam miłości, a między kobietami i facetami dochodziło zawsze do jednego, czego nie chciałam czuć, widzieć, ani o tym słyszeć. Jednak... sypianie z nimi to co innego. Może i ktoś powie, że się nie szanuje... ale tak ja leczę złamane serce. Jedni leczą je jedząc lody waniliowe a drudzy kupując sobie szczeniaczka, ja natomiast... szukam pocieszenia w seksie.
-Seth, chodź do nas, poznaj... - zaczął rozbawiony zapłakany Paul.
   Nieznajomy, za razem seksowny jak oni wszyscy wilkołak nie wykazywał chęci poznawać mnie. Ale... o co mu chodziło? Wilki nie wyczuwały łowców, reptilianie byli im obcy... może słyszeli legendy...
-Nie, dzieki, ja mam jeszcze troche do roboty. Widzimy się potem, co, chłopaki? - odparował krótko chłopakom ignorując mnie.












-Jasne... (?) - odparł zdziwiony Paul i spojrzał na resztę chłopaków. - A temu co?
-Wieczny kawaler, nigdy go nie rozgryziesz w sprawach lasek. - odparł Alex.
   Zaintrygowały mnie wilkołaki, nie miałam z nimi styczności bliższych, dla mnie były to  zwykłe kundle bez żadnych wartości... co ja gadam? Powinnam zająć się zadaniem, celem... powrotem do Stowarzyszenia Łowców... tego chciałam i by to zrobić muszę przynieść głowę Aro... draculi, znanego wszystkim bezczelnego, brutalnego wampira z legend.
-A, właśnie... wybacz, zapomniałem twojego imienia. - odparł jeden z nich.
-Clarisa Sanchia. - odparłam.
-Meksykanka?
-Zgadza się. - uśmiechnęłam się delikatnie.
-Właściwie... mam pytanie...
-Wal śmiało.
-Skąd wiesz o wilkołakach i w ogóle, co? - spytał.













-Ehm... - zastanowiłam się błyskawicznie i odparłam nieśmiało. - Mój tata miał przyjaciela wilkołaka... wciągnął go świat nadnaturalny, pogłębiał wiedzę... niestety... zbyt mocno... wampiry go zamordowały wraz z moją matką.
   Nie skłamałam, powiedziałam teoretyczną prawdę.
   Nagle dostałam wiadomość od Bronxa.
   
       Mam Cathy. Przyjedź do bazy. - B 


   Wściekła czułam jak się we mnie buzowało.
-Muszę lecieć, naprawicie mi moją strzałę? - spytałam z nadzieją.
   Ostatnio coś w niej nie grało... a ja jestem lewa jeśli chodzi o technikę.
-Jasne, jesteśmy w kontakcie.


   Taksówka czekała nieopodal, pożegnałam się z wilkami i ruszyłam. Gdy dotarłam na miejsce wcześniej kompletnie zmieniając wygląd, chodzi o makijaż i włosy... by dziewczyna mnie nie rozpoznała i by Bronx nie domyślał się co planuję.
 -Po cholerę to zrobiłeś? Kazałam?! - krzyknęłam na niego i zdjęłam opaskę Cath.
   Przyjrzałam się jej. Coś we mnie mówiło, że to nie tędy droga do zemsty... ale jak wszyscy to wszyscy. Nie ma wyjątków i nikt mnie nie powstrzyma.
-A gdzie ty właściwie byłaś, co? 
-Nie zadawaj mi pytań, ty jesteś moim pionkiem, nie ja twoim.
   Odszedł bez słowa zawieszając na mnie wzrok.
   Spojrzałam na wystraszoną młodą dziewczynę. Zabawna, urocza, słodka... nic dziwnego, że Alex pokochał taką... no i wpoił się w nią, bo przecież to widać w jego zachowaniu... mordowałam kiedyś pare wpojonych... nie zazdroszczę wilkołakom tego. Okropna rzecz, czysta miłość. I po co ona komu? Bezwartościowe uczucie które traci czas.
-Wypuść mnie, mam synka...
-Wszystko wiem, słonko. A ile jest wart dla ciebie ten cudny stworek, co?
-O co ci chodzi? Lilith, tak? Czego chcesz? I gdzie Christian...
-Nigdy go nie zobaczysz... albo przez większość życia. Zostawiam wiadomość dla twojej rodzinki, chodzi mi o rodzinę Volturii. Niech nie kręcą i nie myślą jak mnie ominąć, ja jestem o krok przed nimi.
-Gdzie Christian?! Czego ty chcesz?!
   Szarpała się.
-Lepiej się nie szarp, bo verbena zacznie działać. - ścisnęłam jej ręce i spojrzałam na nią z pogardą.














-W co ty grasz? - spytała lekko wystraszona.
   Przede wszystkim martwiła się o dziecko. I tym sposobem chciałam ich podejść. Ich wszystkich. Dziecko samo ich powstrzyma przed gierkami, a Cath biedna ich za wszelką cenę będzie z tym pilnować. Ja... cóż, ja wszystkich na spokojnie wybiję docierając do Aro tym samym czyszcząc go z jego silnej obstawy.
-Nie jest mi potrzebna, uśpij ją i wypuść do jej środowiska. - odparłam. - Tylko nie zrób jej krzywdy.
-Co ci jest? - spytał Bronx gdy wykonał moją prośbę a ja szłam górnymi schodami do magazynu broni. - Robisz wszystko nagle tak, żeby jak najmniej ucierpieli. Nie poznaję cię, boisz się?
-JA SIĘ NIGDY NIE BOJĘ! - wykrzyczałam. - JA TU RZĄDZĘ, JASNE?! MASZ SIĘ MNIE SŁUCHAĆ I NIE POUCZAĆ!














   Nie czekając po prostu wyszłam z bazy i ulotniłam się. Bronx załatwił sprawę a ja... musiałam koniecznie odreagować. Poszłam do jakiegoś baru, małe piwko nie zaszkodzi i jakiś przystojniak też... stęskniłam się za tym... za bliskością, tylko, że w łóżku... z mężczyzną. Obcym. Tak dla mnie było najlepiej.
   Chwila słabości i to tak pomaga...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz