niedziela, 1 kwietnia 2018

Od Cathy

   Podczas długiej nieobecności Christiana miałam ''obstawę'' w postaci jego rodzeństwa, a dokładnie Klausa. Spędzał ze mną sporo czasu, jakby się zaangażował. Nie wiedziałam, ile czasu ma nie być Sama i Christiana, jednak nie chciałam by coś mu się stało. Mimo, że nadal zależało mi na Alexie i czułam do niego to samo nie mogłam zostawić rodziny i wiedziałam, że Alex nie nadaje się na ojca mojego dziecka. Tym bardziej, że różnią nas poglądy i rasy, co najbardziej mnie zabolało. Od momentu przemiany tylko to miałam w głowie, jednak pomagała mi rodzina. Mama zajmowała się Ethanem kiedy ja zaczęłam normalnie chodzić do pracy, Klaus również przesiadywał ze mną i dzieckiem sporo czasu, jako, że był najstarszy moje zdziwienie tym bardziej było większe. Z tego co rozumiem i dowiedziałam się o Volturii, Aro i reszta pokładała nadzieję właśnie w nim ze względu na jego brutalność, osobowość bez serca i chęć mordu każdego no i niewyobrażalnej siły, dosłownie i w przenośni. Każdy wampir, czarownica i wilkołak go znał z opowieści o nim, można by to nazwać horrorem, nakręcić o nim niezły film, który kupiłaby nie jedna nastolatka wyobrażając sobie, jakie to fantastyczne, myśląc, że to tylko film.
  Bałam się jednak zostawiać mojego synka z tym potworem, jednak patrząc jakie ma podejście do dzieci, lub wyjątkowo do Ethana... powoli zmieniałam podejście. Może to po prostu sam chciał pomóc, albo Christian zlecił mu ochronę z racji jego mocy, uodpornienie na różne rzeczy szkodzące wampirom. Tak, to jego umiejętność wrodzona. Nie działały na niego zaklęcia, czary, trucizny... tyle wypił krwi różnym nadnaturalnym istotom, że stał się zupełnie odporny i jego siła przewyższała starszyznę. Podziwiałam go trochę, w końcu zmieniłam się trochę od przemiany.
-Cześć, maluchu - uśmiechnęłam się do swojego synka, którego trzymał na rękach Klaus.
   Inni mogliby pomyśleć, że coś nas ewidentnie łączy, od momentu zniknięcia mojego męża nie odstępowałam na krok dziecka, a nas z kolei najstarszy jego brat. Jednak... przecież jesteśmy rodziną. Byłam bardzo rodzinna, jednak wyjątkiem jest prawdziwy ojciec Ethana... Nie chciałam, by cokolwiek łączyło ich razem, no i... oczywiście wolałam by nie doszło do ich spotkania kiedykolwiek.
   Podeszłam do tej dwójki, gdy mama wyszła na taras w towarzystwie dwóch retriwerów pociesznie machających ogonem.
-Zjecie? - spytała mama.
-Kto to? Zobacz, babcia... - uśmiechnęłam się i spojrzeliśmy na mamę.












-Słodkie dziecko... - mama się przy nim rozpływała. Był cudowny, uroczy i już rósł z niego łobuziak. - Cathy, kochanie, zjedz coś...
   Jedzenie ludzkiego jedzenia nie robiło mi problemu, zaspokajało w jakimś stopniu pragnienie krwi, oczywiście jedzenie mięsa, ale... to nie to samo co krew, której unikałam pić. Od momentu morderstwa młodej dziewczyny policja zaczęła poszukiwania niebezpiecznego zwierzęcia, którym... przecież jestem ja. Jednak skąd mogą wiedzieć... Wilkołaki pewnie wiedzą i szukają sprawcy, jednak wolałabym nie konfrontować się z nimi. Christian uważa, że podbiegam pod taryfę ulgową, ale ja myślę, że odpowiadam jak inni i może... nic mi nie zrobią, jednak na pewno nie byłaby to miła rozmowa dla nas wszystkich.
   Weszliśmy do środka. Klausowi chyba, a raczej na bank podobała się Lucy, ale przecież... ona była z moim bratem. Moja przyjaciółka miała geny meksykanki, co zawsze przyciągało facetów jak magnez. W liceum i gimnazjum... zawsze za nią biegali. Jednak... Klaus to dobra partia... ale myślę, że Nathan by go zabił... albo na odwrót. Starałam się nie dopuszczać do spotkań trójki, ale jak, skoro mieszkaliśmy w jednym domu... Dom rodzinny moich rodziców był spory, zawsze chcieli mieć dużą rodzinę jednak było im dane urodzić tylko Nathana... mama po tym dostała raka dróg rodnych i musieli ją ciąć i szyć...
   Mi było przykro, bo marzyłam o drugim dziecku, o co najmniej dwójce dzieci. Jednak... wątpiłam, że uda mi się spłodzić drugie...
   Gdy spokojnie zjadłam na dół zeszła Lucy z Nathanem obejmując się czule i drocząc. Byli wspaniałą parą, jednak... cóż... przed ich rozstaniem po moim zniknięciu nie było między nimi kolorowo, a to źle świadczy... nie potrafią się dogadywać i się nawzajem w trudnych chwilach wspierać...
   Lucy obojętnie, ignorując Klausa który ją mierzył, usiadła przy stole nakładając sobie monstrualnie na talerz. Wzięłam na ręce Ethana tuląc go do siebie, mama krzątała się w kuchni, a cała nasza czwórka siedziała w ciszy. Wszyscy patrzyli po sobie kolejno. Czułam kłopoty...
-Olśniewająco dziś wyglądasz, Lu. - wypalił Klaus.
   Nathan aż się spiął, oparł się ramieniem o kanapę i patrząc na Klausa odparł, nie będąc dłużnym.
-Naprawdę jesteś kutasem - parsknął. - Skopię ci ten twardy tyłek jak się nie zamkniesz.
-Doprawdy, twoje odzywki są godne gimnazjalisty.
-Kutas. - skomentował krótko mój brat.











   Obkręciłam się z synkiem w kółko, chcąc przerwać dyskusję i wymianę zdań zanim do czegoś dojdzie. Widziałam minę Lucy, była na skraju eksplozji wulkanu.
-Heeej, a może tak wszyscy się zamkną i porozmawiają jak ludzie? - odparłam pozytywnie, jednak w obawie, że coś się wydarzy.














   Nathan spojrzał na niego swoimi miodowymi, złotymi oczami i westchnął ze złośliwym uśmieszkiem. Klaus miał podobną minę, a atmosfera była napięta. Lucy zjadła wcześniej, zostawiając półpełny talerz. Rzuciła sztućcami i westchnęła zła.
-Mam was w dupie. Idę się przejść. Idioci. - wyszła biorąc w pośpiechu z wieszaka kurtkę.
   Spiorunowałam wzrokiem Klausa, starając się milczeć. Mama widząc, że kroi się rozmowa ulotniła się do pokoju popracować w swoim mini biurze.
-Musiałeś? Wiesz, że przecież się kochają.
-Kochają to pojęcie względne, moja droga. - odparł obojętnie, lodowato i ozięble.
   Aż mam ciarki.
   Ominęłam temat, starałam się zająć go czymś innym by nie poleciał za przyjaciółką.
-Czemu tu jesteś? Nie miałam okazji spytać.
-Aro, Kajus i Marek czają się by przyjść w nieodpowiednim momencie. Bardzo chcą cię zobaczyć. Widziałem jak mordują takie dzieci jak to na oczach matek, a ja... widzę szczerze w tym dzieciaku coś, co nie jest groźne. Może nie mam serca, ale jakieś człowieczeństwo jeszcze we mnie siedzi. Poza tym, nie myślę nierozsądnie jak starszyzna. No i Christian mnie o to prosił.
-Masz z nim kontakt?
-Nikt z nim nie ma kontaktu. Taki jest, zmywa się na jakiś czas. Poza tym wiesz, dlaczego zniknął. Zajmie im to trochę a ja tu tylko pilnuję.
-Miło z twojej strony, doceniam twoją pomoc.
   Uśmiechnął się tajemniczo, jakby coś chodziło mu po głowie. Spojrzałam na niego pytająco domyślając się, o co mu chodzi. Zauważył to.
-Jesteś mi dłużna, co?
-Nie myśl o tym, to mój brat i przyjaciółka. Nic nie mogę ci pomóc.
-A jednak gdybym przestał was chronić, zwołał starszyznę, to co? Byłoby to takie ważne? - spytał z uśmiechem.
-Nie ośmielisz się nawet...
-Tylko głośno sobie żartuję... w myślach. - mrugnął do mnie i wyszedł.
   Poczułam nagle silny głód, który praktycznie ściął mnie z nóg paląc mi gardło od środka. Położyłam na kanapie synka w pośpiechu  i osunęłam się na ścianę. Tak nie mogę dłużej...













-Mamo...! - wydusiłam. - Mamo!!! - krzyknęłam, gdy nie reagowała.
   Zbiegła na dół prawie się potykając o swoje nogi i spojrzała na mnie przerażona.
-Co się stało, kochanie? - podeszła do Ethanka i wzięła go na ręce głaszcząc jego malutką główkę.
-Muszę... muszę wypić krew...
-Idź... - westchnęła.
-Co...? Pozwalasz mi...?
-To twój wybór, nie wytrzymasz bez picia. Inaczej ususzysz się od środka i zaczniesz mieć jakby... martwicę ciała wewnętrznego.
   Ciężko oddychając wyszłam jak najszybciej. Starałam się wypić krew zwierzęcia, jednak ona... była ochydna. Musiałam zapolować na coś... lepszego.
   Moje kły wysuwały się coraz bardziej, panicznie szukałam czegoś, a raczej kogoś do wypicia. Nie interesowało mnie nagle czy to dziecko, osoba starsza, osoba chora... Musiałam.
   Nagle przechodząc obok ulicy na której mieszkałam, poczułam z jednego z domów krew. Od razu tam pobiegłam, zjawiłam się w sekundę i stałam nad facetem siedzącym tyłem do mnie na fotelu, który starał się coś zrobić z krwawiącym, zaciętym palcem. Jednak nawet się nie wahałam...














   Nie zdążył krzyknąć, choć moja rządza pragnienia chciała gdzieś w głębi mnie by krzyczał. Gdy wypiłam do ostatniej kropli osunął się na ziemię. Przerażona odeszłam na parę kroków w tył i postanowiłam załatwić to... sama.
   Skierowałam się do watahy, do Ewy. Ona była tutaj osobą która miała jakiś wpływ... no i chyba... była alfą? Chociaż... nie znałam się. Jednak wiedziałam, że nie życzy mi źle... chyba?
-Co tu robisz? - spytała zdziwiona moją wizytą.
-Przyszłam... zabiłam człowieka na terenie rezerwatu.
-Co? - wycedziła.
-Nie panuję nad tym...
-Chodź do środka... - złapała mnie za rękę i wciągnęła do domu. - Musisz zacząć pić krew ze szpitali z pobrań krwi. To w takich torebkach...
-Ale to potrzebne do badań... gdy ktoś...
-A chcesz mordować i łamać kodeks? Niedługo się rozniesie, nie tylko wilkołaki będą cię obserwować...
   Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Wyczułam ich...
-Schowaj się. - nakazałam.
-Co ty pleciesz? - oburzyła się.
-Rób co mówię... - szepnęłam i wepchnęłam ją wręcz do szafy zamykając na klucz. - Bądź cicho, proszę...
   Otworzyłam drzwi i weszli... Aro, Kajus i Marek. Zacisnęłam zęby. Cholera jasna...
-Cuchnie wilkołakiem. - zauważył Kajus.
-Tak, naturalnie... to rezerwat. - odparłam zdenerwowana. - Moi rodzice tu mieszkają, są ludźmi... a tutaj... ostatnio posiliłam się wilkołakiem... nie mogę opanować pragnienia... więc zadomowiłam się tu na jakiś czas.
-Tak, zaiste, trudno opanować pragnienie młodym wampirom... szczególnie zmienionym z rąk jednego z nas... - zamyślił się Marek.
-Dość... odstawmy na bok te ceregiele, chcę cię bliżej... - złapał mnie nagle za dłoń.
   Spanikowałam. Wiedziałam, jaką miał moc...
-Dziwne... - mruknął. - Nic nie widzę.
-Może to jej moc?
-Hmm... - zamyślił się Aro. - A gdzie podział się... Christian?
-Znika ciągle, nie mogę nic powiedzieć.
   Nagle zjawił się Klaus, znikąd... Starałam się nie stresować...
-Co tu robisz? Myślałem, że jesteś w Wenecji...
-Nie interesuj się lepiej mną, Aro. - odparł obojętnie.
   Aro to zignorował. Ja mroziłam go wzrokiem.















-Osiedlić się w domu wilkołaka?Przecież z tego co wiem mieszkałaś gdzieś indziej? I nie byłaś w... ciąży? - nacisnął Marek.
   Aro spojrzał się na mnie jakby... zaskoczony i wściekły...
   Wszystko stało się bardzo szybko... za szybko.
   Aro chcąc mnie zaatakować nie trafił, miałam świetny refleks, jak się okazało. Klaus wstawił się za mnie odpychając Kajusa w dal, jednak Marek dorwał mnie i chciał podejść do szafy w której była Ewa. W moment stanęłam przed nim pokazując swoją wampirzą twarz.














-Nie zbliżaj się! - krzyknęłam.
-Interesujące. - odparł Aro. - Nie spodziewałem się, że będziesz trzymać stronę zdrajców, Klaus. - ciągnął spokojnie.
-Marku... - zaczął Kajus jednak nie zdążył dokończyć. Marek już dorwał Klausa odpychając go w ścianę robiąc w niej dziurę. A mną zajęli się klasycznie, kołek w brzuch po czym szybko zniknęli wraz ze mną...
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz