Wyszedłem na umówione spotkanie z Samem. Podobno to pilne, a ja miałem dużo spraw do załatwienia, głównie chodziło o moją kochaną Cathy. Miałem dla niej niespodziankę. Chciałem też powiedzieć Samowi o ciąży Cathy, byłem nawet przekonany, że zareaguje neutralnie. Nigdy w naszej rodzinie nie było dzieci - bo jesteśmy przecież żywymi trupami. Nasze organy, wszystkie, są martwe. Co do jednego, bez wyjątków. Wiedziałem, że to nie moje dziecko, jednak też wiedziałem, że przespała się z tym zapchlonym kundlem. Jednak skoro nic nie mówi to oznaka, że na prawdę chce, bym to ja został ojcem, ja również tego chcę.
-Co to za ważna sprawa, bracie? - usiadłem przy stoliku blisko ludzi zamawiających sobie coś typu Byczy Burger, czyli to co amerykańcy lubią najbardziej - tłuste, fastfoodowe żarcie. Obrzydliwe.
-Ty też miałeś jakąś. - zaczął z lekkim uśmiechem.
-Nie,nie. Mów pierwszy. - chrząknąłem, gdy podeszła do nas seksowna nad wyraz kelnerka.
Jednak ani ja ani Sam nawet nie zwróciliśmy na nią specjalnej uwagi, co było szokiem, bo zawsze korzystaliśmy z okazji. Jednak teraz widocznie oboje mamy priorytety.
-W Mystic Falls gdy wyjechaliśmy do Seattle podobno zjawił się wilkołak... Nie wiadomo w jakim celu, co zamierzał, ale podobno się tam zatrzymał.
Spojrzałem na niego zaintrygowany.
-A skąd ta informacja? - parsknąłem pod nosem obserwując brata.
-Ojciec mi przekazał, byśmy to sprawdzili. Nie chce wysyłać Jane wraz z Enzo czy Klausem. Wiadomo, że Jane i Enzo są najmłodsi, nie nadają się do załatwiania spraw a Klaus... to Klaus.
-Sprawdzimy to. Zaraz tam złożymy wizytę. - uśmiechnąłem się podekscytowany.
-A ta sprawa... niecierpiąca zwłoki? O co chodzi? - spytał lekko zdenerwowany, myśląc, że znów mam kłopoty jak przed laty i proszę go o pomoc.
-Nic z tych rzeczy - zaśmiałem się. - Cathy jest w ciąży.
-Co takiego? Z tobą? Przecież takie rzeczy zdarzają się raz na milion wśród wampirów...
-Przespała się z tym kundlem, wiesz, z La Push.Ja szczerze mówiąc nie wziąłem tego do siebie, znasz mnie. Chce mieć ją i dziecko tylko dla siebie.
-A ona... co na to wszystko?
-Podejrzewa, że to dziecko Alexa, jednak skoro to wie a nadal ze mną jest to widocznie pragnie wychować je ze mną i ze mną być. - wzruszyłem ramionami. - Prędzej zamorduję go niż pozwolę by zbliżył się do mojej rodziny.
-Rodziny? My nią jesteśmy, nie ona.
-Tak, ale jakbyś nie zauważył to zaraz mamy razem dziecko, to już jakaś rodzina. Poza tym zaraz będzie trzeba was ze sobą poznać, w sensie was, jak ludzi. Ciebie i ją, ojca i resztę nie angażuję, znasz ich.
-Obyś tego nie spieprzył i było jak mówisz... - westchnął.
-Wsiadamy do auta, jazda, trzeba w naszym mieście zrobić porządek. - klasnąłem w dłonie i wsiedliśmy do mojego samochodu.
-A co z tą sexy wilczycą? - spytałem nagle, przypominając sobie o tym.
-Nie wiem, jest naprawdę urocza.
-Jakbym ja był na twoim miejscu a ty na moim byś mnie wyśmiał. - parsknąłem szczerząc się.
-Tak, tylko... widzisz, jak to jest w życiu.
-Ale z ciebie melancholik... - bąknąłem pod nosem. - Może wykaż więcej zaangażowania.
-Jak mam to robić jak jej braciszek jest w pobliżu?
-Nic ci nie zrobi, boisz się kundli? Jesteśmy kim jesteśmy, my jedyni mamy prawo wchodzić na teren.
-A jak to zasady wilków oni nie mają prawa wiązać się z nikim niż swojej rasy.
-Tak, ale walić to, co cię to interesuje. Chyba jest w porzo, więc bierz ją stary.
Zaśmiał się. Chyba do niego trafiło...
Na miejscu rozejrzeliśmy się po lasach, mieście, jednak gdzieś czuliśmy ten smród zmokłego psa. Tylko, cholera, gdzie.
Nagle niedaleko, w głębi lasu usłyszeliśmy krzyk. Pobiegliśmy tam ledwie od razu, i natknęliśmy się na wilka, który... atakował człowieka.
Rzuciłem się na wilkołaka a Sam na kobietę. Oczywiste było, że ją wypuści... przecież to chłopiec dobre serduszko, jakżeby inaczej.
Rzuciłem wilkiem o drzewo, potem przeszurałem go po ziemi i okładałem jak mi się podobało, na rożne sposoby. Śmiałem się, gdy to robiłem. Sprawiało mi to wielką przyjemność.
W końcu, gdy z wycieńczenia jak to wilkołaki przemienił się w człowieka spojrzałem na niego i kucnąłem patrząc mu w oczy.
-Chyba ktoś zabłądził...
-Jestem z okolic La Push, tu poznałem tą... szmatę... - zaklął pod nosem na dziewczynę która uciekła.
-Sam, dogoń ją, wyczyść jej pamięć. - zaleciłem, a on pobiegł i zrobił to o co prosiłem.
-Słuchaj - zlapałem go za szmaty i podniołem do góry jak piórko. - Nie macie tu prawa włazić, i jak nakazuje nasze prawo mamy obowiązek, a raczej przyjemność was wybić po kolei jeśli któryś przekroczy granicę naszej jakby... pięknej stolicy. Tak jak wampiry które przekroczą La Push. A ty zdaje się... jesteś świeżakiem..
-Przemieniłem się dzisiaj. - odparł roztrzęsiony. - Nie wiedziałem, że u nas jest wataha... Nawet...
Przerwał, gdy, rzecz jasna, rzuciłem nim o drzewo. Uśmiechnąłem sie, gdy z jego nogi, która w efekcie silnego uderzenia uległa złamaniu otwartemu, zaczęła lecieć krew. Krew wilkołaków była rzadkością, nie lubiliśmy jej pić, wampiry przyziemne, nowonarodzone nie mogą jej smakować, jest dla nich śmiertelna. Jednak nam, Volturii... daje jeszcze więcej siły i nie musimy się karmić przez długi okres.
Spojrzałem na niego i poczułem, jak jestem gotów do obiadu.
-Podano do stołu. - powiedziałem do niego.
Nawet nie zdążył krzyknąć, było już po nim. Poczułem jak jego krew miesza się z moją, czułem się nieziemsko. Jedna dawka na parę dobrych lat wystarczy. Sam wrócił, gdy on leżał martwy a ja ścierałem jego krew ze skórzanej kurtki.
-Naprawdę? - spytał zażenowany. - Musiałeś? Mogliśmy go wziąć do Aro i reszty.
-Po co? Zrobiliby to samo. A mi się to przysłużyło.
-To popędza żądzę mordu na wilkołakach, wiesz o tym.
-Może tobie i Jane czy Enzowi to przysparza problemów, jednak ja i Klaus jako najstarsi mamy to w dupie. - wzruszyłem ramionami.
Taka była prawda. Moje rodzeństwo źle znosiło wypicie krwi wilkołaka, dlatego wolałem zrobić to samemu.
-A teraz sprzątnijmy ciało na teren... - spojrzałem na ciało wilkołaka. - Niech żyje w pokoju. - skomentowałem żartobliwie.
-Co za kretyn. - warknął pod nosem Sam.
Roześmiałem się i poszedłem za nim przerzucając ciało przez ramię. Dobra, bardzo dobra... robota.
Wróciwszy do domu położyłem się u boku Cathy, która pół spała. Otworzyła oczy gdy dotknąłem jej ciepłego, nagrzanego drobnego ciałka. Uśmiechnęła się zaspana, słodko ukazując dołeczki. Pogłaskałem ją po nich i wpatrywałem w nią.
-Co dziś robiłaś? - spytałem.
-Właściwie... byłam u ginekologa, sprawdzić czy wszystko gra, byłam w pracy, potem spotkać się z Dianą i Nadią... spędziłyśmy czas do wieczora. - przeciągnęła się.
-A Ty?
-Planowałem... - urwałem nagle z tajemniczym uśmiechem.
-Co planowałeś? - spytała niewinnie. Przybliżyłem się do niej.
-Nasze życie. Chciałbym Cie uszczęśliwić, Cath... i stąd moje pytanie. Zostaniesz moją cudowną narzeczoną? - spytałem w końcu. - Wiem, że nie tak powinno to wyglądać, ale nie jestem za bardzo romantyczny, raczej nie umiem nim być. Przy tobie wszystkiego się uczę i chcę by było tak przez całe życie.
Uśmiechnęła się szeroko i objęła mnie mocno. Mocno, to pojęcie względne. Dla niej to było najmocniej na świecie a dla mnie jakby mnie lekko dotknęła. Jednak i tak na swój sposób, było to urocze. Lekko się uśmiechnąłem.
-Tak...! Tak, chce zostać twoją żoną... - odparła całując mnie po twarzy.
Gdy zasnęła, pomyślałem sobie w duszy, żeby wykorzystać to cudowne wydarzenie na naszą korzyść... Trzeba od razu się za to zabrać...
Rano gdy wstałem oświeciło mnie. Po cóż robić niemiłe sytuacje względem Cath? Odpuśćmy sobie ceregiele na pokaz, wolałem nie grać takiego kogoś przed miłością mojego życia.
Na spokojnie otworzyłem laptopa chcąc skontaktować się z firmą, ostatnio zrobiłem wolne dla rodzinki i mojej, aktualnie, narzeczonej. Cudownie to brzmi, kręciło mnie to... Pierwszy raz podjąłem sie takiego kroku z serca, nie z zamiarów. Jednak musiałem utrzymywać tępo w pracy, by mieć na nas kasę, której i tak miałem od cholery, jednak wolałem na zaś również ją mieć. Miałem drobne projekty, które chciałem spełnić.
Włączyłem w przeglądarce pocztę, na której była zalogowana Cath. Ujrzałem wiadomość, którą przeczytała całkiem niedawno. Włączyłem ją i przeczytałem wiadomość od Alexa, wściekłem się nie na żarty. W sekundę zmieniłem zdanie na temat mojego planu który chciałem porzucić...
Poszedłem pod prysznic. Nie ma mowy nawet z utrzymywaniem kontaktu z tym pajacem. Koniec kropka. Nie bałem się nawet, że ona wybierze jego, bo już wybrała mnie i to na poważnie. Chodziło o to, byśmy mieli spokój, a ja żebym się niepotrzebnie nie denerwował. Wściekły myślałem o tym pod prysznicem.
Gdy usłyszałem podśpiewywanie poranne mojej narzeczonej wyszedłem z łazienki zakładając tylko partię dolną zachodząc ją od tyłu. Napiąłem się, nie kontrolowałem tego.
-Co to ma znaczyć? - wycedziłem spokojnie, na pokaz, oczywiście. Też nie chciałem jej denerwować.
-Co takiego?
-Wziąłem mojego laptopa do napisania maila odnośnie projektów które oczywiście nadzoruje, zapinam na ostatnie guziki końcowe efekty i plany, prezentacje... a zalogowana byłaś na swoje konto. Wybacz, ale ciekawość sprawiła, że go przeczytałem. Co to było? Odpisałaś mu, że chcesz się z nim widywać.
Spojrzała na mnie jak zbity pies. Nie mogłem się ugiąć.
-No?! Słucham! - krzyknąłem.
Ona nawet nie drgnęła, wiedziała, że nic jej nie zrobię. W tym momencie uświadomiłem sobie, że to jedyna taka na świecie, która nie ucieka ani nie drży przede mną. Bo mnie kocha. I to było widać.
-Przepraszam... - bąknąłem, też, pierwszy raz od wielu lat.
-To nic nie znaczy, chcę żebyś to wiedział. Racja, kochałam go. Ale już nie kocham. Powiem ci wszystko, chcę być szczera z tobą... przespałam się z nim jak...
-Wiem.
Zaskoczona spojrzała na mnie.
-Skąd?
-Mam swoje dochody, tak to ujmijmy.
-I... ty... nadal...
-Tak, chcę z tobą być, wychować dziecko z tobą... to nasze życie, od teraz jesteśmy ze sobą szczerzy. - złapałem jej twarz w swoje dłonie.
Usmiechnęła się naprawdę szczęśliwa, i pocałowała mnie namiętnie. Tak, to chciałem osiągnąć... by mnie kochała.
-Osobiście podaruję zaproszenia na ślub, chcę, żeby to było w wakacje... - zaczęła podekscytowana. - Chcę... żeby było skromnie, ale pięknie... A, no i osobiste podarunki na ślub pewnie będą miłe dla odbiorcy...
-Cath. - westchnąłem.
-Hm? - odwróciła się z przygotowanymi już zaproszeniami. Matko, chyba wstała szybciej ode mnie...
-Chciałbym, żebyśmy odwiedzili La Push, skoro chcesz wręczyć osobiście zaproszenia... zawiozę cię. Osobiście zrobimy to oboje.
Uśmiechnęła się lekko i spojrzała w dłonie, w których trzymała zaproszenia.
Trochę z tym to się pospieszyła, ale wiedziała chyba, że jeśli będzie chciała ślub zorganizuję nawet jutro gdzie tylko będzie chciała...
-Dobrze, kiedy?
-Zaraz. - odparłem z uśmiechem, obojętnie wzruszając ramionami. - Mamy jeszcze drugą sprawę do załatwienia...
-Jaką? - spojrzała na mnie ciekawsko.
Pociągnąłem ją za rękę i usiedliśmy na kanapie...
-Twoi rodzice... żyją. Twój brat też. - wypaliłem w końcu.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz