Nie bylem zaskoczony, ze ten kundel sie tu zjawil, jednak nie bylem z tego powodu szczesliwy. Zacisnalem zeby i opanowalem sie zeby nie zrobic jej krzywdy.
-Wyrazilem sie jasno wtedy w lesie. Macie sie do niej nie zblizac.
-Kochasz ja? Czy to stara milosc przed laty? Lilith, prawda?
Wscieklem sie. Pchnalem ja na sciane nie zwazajac na to, czy zrobie cyrk czy nie. Spojrzalem jej w oczy.
-Gdybym tylko chcial, moglbym poprzez kontrole cie zniszczyc, wzczyscic ci pamiec o niej...
-I bedziesz to robil z kazdym z nas? - parsknela.
Puscilem ja. Nie bylem glupi, wiedzialem, ze oboje sobie nie mozemy nic zrobic. Mimo roznicy pogladow i ras... mielismy szacunek jakis tam do siebie.
Nagle za plecami zjawil sie Sam. Spojrzal na Ewe niemile zaskoczony. Z kolei ona... nie spodziewala sie, ze on sie wybudzil... a to oznaczalo, ze wszyscy, cala moja rodzina sie wybudzila. Spowazniala, gdy dotarlo to do niej.
-Nie obawiaj sie - zaczal Sam - Skoro sie wybudzilismy to tylko po to by sprawowac wladze tam gdzie powinnismy, we Wloszech.
-Nic nie wiadomo mi o tym, ze Volturii sie przebudzili. - odparla zla.
-Teraz juz wiesz. I mam nadzieje, ze przestaniesz sie krecic wokol Cathy. - spojrzalem jej w oczy ostatni raz i wraz z Samem udalem sie do naszego starego domu, willi rodzinnej.
W srodku zastalismy juz Jane i Enzo, jak i Klausa, ktory byl z nas najstarszy.
-Coz za zaszczyt. - zasmialem sie.
Sam nie byl zachwycony. Nigdy nie przepadal za nimi. Byli bardziej... z krwi i kosci Volturii.
-Mamy propozycje. W Mystic Falls jest pewien festyn... moze odwiedzimy stare smieci? - spojrzal na nas Enzo.
Mystic Falls? Tam zawsze sie wybiore. Nienawidzilem tego miasta i chetnie pomorduje paru ludzi.
Spojrzalem na niego porozumiewawczo.
-No i fantastycznie! - ucieszyla sie Jane.
Mystic Falls bylo o tyle dobre, ze nie bedziemy musieli sie uzerac z wilkolakami. To miasto nalezy do rasy wampirow, stamtad pochodzimy i z tego ono wlasnie slynie. Legendy... ludzie zawsze je lubili, teraz doswiadcza tego na wlasnej skorze. Oczywiscie, zrobimy to tak, by bylo jak najmniej swiadkow a jesli jakis bedzie... zabijemy. Wilki nie mialy wstepu na Mystic Falls, tak samo jak my do rezerwatu. Miasto z ktorego pochodzimy jest nasza swieta ziemia, a ludzie to pozywka dla nas. I mamy do tego swiete prawo. Jesli by przekroczyli granice... to pewnie moj ojciec i wuj nie byliby zachwyceni... Byloby przesrane.
-Nie uwazasz, ze to beznadziejny pomysl? - spojrzal sie na mnie Sam.
-Nie, uwazam, ze mamy do tego prawo.
Spuscil wzrok.
-To ja spedze czas w bardziej kreatywny sposob...
-Nie,nie, to polowanie rodzinne, Sam. - usmiechnela sie Jane, siegajaca mu doslownie do przedramienia, tulaca sie do niego.
Zawsze mimo wszystko uwazala go za kochajacego braciszka. A Sam... to bylo jego siostrzane oczko w glowie.
-Dobra panowie - odezwal sie Klaus. - lecimy do naszego cudownego miasteczka, ktore nas zniszczylo? - usmiechnal sie.
Gdy wszyscy bylismy na miejscu, dalem znac Cathy dzwoniac do niej, ze bede pozniej... Ostatnio przez rodzenstwo mniej poswiecam jej uwagi, jednak wiedzialem, ze chce i musze to zmienic.
Stalem wsrod tlumu, ludzie cieszyli sie i kupowali pierdoly, figurki wampirow, oczywiscie, pseudo figurki... nietoperze, dzieci swietnie sie bawily... Ja myslac o Cathy mialem mieszane uczucia.
-Jak, gotowy? - spytala Jane.
Ja tylko glupkowato sie usmiechnalem, niepewnie...
-Nie teraz Jane, nie denerwuj mnie.
-Dlaczego? Czekamy na znak od Klausa i lecimy z mordowaniem.. - usmiechnela sie. - Ciala, gdy wyssiemy z nich cala krew zasuszaja sie, wrzucimy wszystkich do grobowca. Wiesz, ze nikt nie ma tam wstepu. Wszyscy oprocz czystej krwii Volturii nie maja szans, od razu ulegaja spaleniu. To nasz grobowiec, wiec nawet sie nie wyda.
-Wiem, Jane. Tylko... ja nie wiem, czy chce...
-Ty zawsze byles pierwszy do mordowania... Zawsze podziwialam was, moich braci.
-Niezle mialas ambicje. - skomentowalem.
-Christian, chodz na chwile. - zawolal mnie Sam i opuscilem z ulga Jane.
Byla bardzo wplywowa i miala dar manipulacji oprocz kontrolowania bolu. Nikt nie mogl sie oprzec jej niewinnosci.
Usiadlem obok Sama na dachu ratusza. Obserwowalem rodzenstwo.
-Nie wiem co o tym myslec...
-Jestes kim jestes. - odparl Sam. - Nie zmienisz tego.
-Tylko, ze wlasnie zmienia mnie Cathy. Z dnia na dzien dociera do mnie, ze nie moge zyc bez niej...
-Sluchaj... Wypijmy z dwoch ludzi, pojedziemy sie przejechac.
-Chcesz spotkac Alysse. - stwierdzilem pewny.
Usmiechnal sie.
-Jest naprawde urocza.
-Tylko to wilkolak. Nasze rodzenstwo cie zlinczuje, ojciec, wujostwo. Nie ukrywam, tez nie bede zadowolony... - zasmialem sie. - Ale szanuje twoje decyzje... tylko wiesz, ze to trudna walka.
-Wiem. Ale chce sprobowac... Czuje, ze to cos waznego, ze nie powinienem tego bagatelizowac.
-A wiec... do dziela...




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz