Byłem wściekły. To niemożliwe, żeby była ze mną w ciąży bo przecież dokładnie wiem, że spała z tym kundlem. Jednak też możliwe, jeśli oboje spaliśmy z nią w okolicach tych trzech tygodni temu to nie do końca powiedziane, że to ten zapchlony pies jest ojcem. Poza tym, wiedziałem, że Cathy nie chce go znać. A ja byłem pewny, czy to moje dziecko czy nie, chciałem je w głębi siebie wychować i chciałem być jego ojcem.
Przejdzie nam, Cathy jest wybuchowa, podobnie jak ja, więc myślę, że oboje na rano wrocimy do domów i będzie cacy. Uśmiechnąłem się do siebie po chwili. To idealny moment na imprezowanie i by wziąć ze sobą Sama.
-Co robione, pijawo? - spytałem dzwoniąc do niego.
-Siedzę z ukochanym rodzeństwem.
-Wpadaj do klubu WallStreet, czekam przed wejściem.
-Rodzinke brać? - słyszałem nagle jakieś głosy w tle. - Idą coś ''zjeść'' a potem mogą wpaść.
-Niech zjedzą na miejscu . - zażartowałem.
Czułem, a raczej byłem pewny, że braciszek pokręcił głową.
-Idiota.
-Palant zakochany w wilczycy.
-Zamknij się, cholera...! - rozłączył się a ja roześmiałem się jak glupi.
Gdy Sam dojechał do mnie w środku czuliśmy krew, pot i pulsujące żyły. Jednak potrafiliśmy to opanować, jak cala nasza chora rodzinka. Gdy zauważyłem, że Sam się gdzieś gapi ujrzałem tą pannę Alexa, a raczej pseudo pannę, która próbowała być nią na siłę, i siostrę kundla. Najchętniej wymordowałbym całą tą zapchloną rodzinę.
-Nie denerwuj się tak. - parsknął pod nosem.
Nie musiał przekrzykiwać się przez muzykę, mieliśmy wystarczająco dobry słuch.
-Wezwać chłopaków? - usłyszałem głos tej całej panny Alexa.
-... Ja ich znam, naprawdę się nie martw... - odparła młoda.
-Słyszałeś. Najchętniej obie by nas wpieprzyły na widły swoim psim znajomym.
-Nie mieli by prawa. One nawet nie wiedzą kim jesteśmy...
-Czuje wilka - poczułem za plecami zapach malutkiej Jane.
Jej czerwone oczy błyszczały w świetle neonowych lamp a Enzo stał zaraz koło niej obserwując dobre laski kręcące tyłkami jak dzikie.
-Idziemy na łowy? - zaśmiał się Ezno. - Jedna kobieta, jedna noc.
-Nie stary, ja mam swoją kobietę, wystarczy mi jedna ale na całe życie. - machnąłem ręką.
Moje rodzeństwo nie powinno na razie wiedzieć, czyje to dziecko i że w ogole je mamy. Jane zachwycała by się, jest jak mała dziewczynka z ADHD, a Klaus... narzekałby jak zawsze. Właśnie, gdzie...
-Klaus poszedł się zabawić z jakąś blondyną co ją spotkał na parkingu. - uśmiechnęła się Jane znacząco.
-To smacznego. - wypiłem drinka na raz i obserwowałem dwie wilczyce.
Zerknąłem porozumiewawczo na Sama, musieliśmy ich wyprowadzić zanim zapach dotrze do rodzeństwa.
-Idźcie sie zabawić i cos zjeść, my pójdziemy coś załatwić.
-Jasne. - odparł Enzo rozpraszając się z Jane.
Podeszliśmy do dwóch wilczyc, które na poczatku zesztywniały i spoglądały na nas zszokowane.
-Co wy...
-Ruchy panienki. - złapaliśmy obie i wyprowadziliśmy tak, by rodzinka nie zareagowała nie w porę.
-Co wy do licha robicie?! - krzyknęła Alyssa.
-Pani wybaczy, ale ostatnio sporo tu Volturii.
-Kogo? - spytała starsza patrząc na mnie tępo.
-Panie to chyba do domu czas odwieźć.
-Nie wolno wam wchodzić na rezerwat...!
-My wiemy co wolno a co nie, mała. - odparłem obojętnie. - Zawijamy je.
Odwieźliśmy obie, ja odstawiłem tą starszą i potem poczekałem w samochodzie na Sama, który widocznie zagadał się z Alyssą... będą z tego kłopoty... i to nie małe...Aczkolwiek... który z rodziny Volturii ich nie lubi?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz