Lezalem z Cath w lozku glaszczac ja po glowie. Nie sadzilem, ze kiedys zdarzy mi sie zakochac. Wczesniej bylem bezwzglednym wampirem a teraz przy niej nie obchodzi mnie nic innego. Wilki na pewno zapamietaja moje slowa i Cath rowniez nie bedzie miala tam dostepu. Mialem nadzieje, ze czegos ich nauczyla moja wizyta. Szanowalem ich terytorium i sama rase jakiej byli mimo wszystko, ale za Cath jestem w stanie naruszyc zasady. Ich aktualny alfa byl w stanie zrozumiec moja reakcje i wiedzial o kodeksie ktory podpisalem z ich przodkami, wie ze nie jestem na tyle glupi by zaatakowac kogokolwiek z nich... a mialem wielka ochote ich rozszarpac.
Wstalem calujac w glowe Cathy. Wiedzialem, ze cos do mnie czula ale nie na tyle ile kochala tego kundla. Nie pamietala o niczym nadnaturalnym, czego ja jestem zasluga. Nie chcialem zeby wiedziala, jest o wiele szczesliwsza przy mnie. Jesli ten pies sie zblizy do niej obiecalem sobie, ze zrobie wszystko tak, by wyszlo na moje. Zawsze wychodzilo.
Gdy szedlem sie umyc ujrzalem w w przejsciu Jane. Zamarlem przez chwile.
-Co tu robisz? - spytalem.
-Przyszlam sprawdzic, czy to prawda. Wyglada identycznie jak Lilith. Zmieniles jej wyglad? - spojrzala przez ramie na Cath.
-Tak, owszem. Co tu robisz? Myslalem, ze wszyscy lezycie w grobach.
-Odkad pojawil sie sobowtor twojej dawnej wybranki najpierw obudzil sie Aro. Potem Lucas, Marek... Enzo.
-Przeciez byliscie pod zakleciem...
-Owszem. Ale pojawienie sie sobowtora tylko nam pomoglo. Musimy czuwac by nie powtorzyla sie sytuacja sprzed setek lat.
-Jane, ona jest inna.
-Doprawdy? Dlatego ja ukrywasz?
-Ciszej, bo sie obudzi...
-Aro chce cie widziec. Sam rowniez sie obudzil.
Odebralo mi mowe.
-Co takiego...?
Usmiechnela sie lekko.
-Przeciez Sam byl martwy. Nie zyl! Rozpadl sie na kawalki!
-Tak. Zgadza sie. Ale wiesz, ze nasz powrot wiaze sie ze wszystkimi. Masz godzine. Czekamy. - ruszyla do drzwi. - A, jeszcze jedno... ona ma byc z toba.
-Powiedzialem, ze nic nie wie o nas! O zadnych nadnaturalnych stworzeniach... Nie denerwuj mnie, bo...
-Moze i urosles w sile przez lata, jednak jestem nie do ruszenia. Jestesmy rodzina, prawda? - usmiechnela sie do mnie zlosliwie.
-Ona jest czlowiekiem, Jane.
-Jednak byla czarownica. Jakim cudem juz nia nie jest? Reinkarnacja? - spojrzala na mnie jak na idiote. - Wiedzialam, ze jestes silny, jednak nie sadzilam ze posuniesz sie do tego dla czlowieka. - Jesli jest czlowiekiem, tym bardziej sie nie oprzesz jej zapachowi. Ja nie moge sie oprzec... Tyle lat zywiles sie jak my, zwabiajac ludzi na zwiedzanie katedry po czym mordowalismy.
-Wytrzymam.
-Zobaczymy, Christianie. - zniknela za drzwiami.
Odwrocilem sie i zobaczylem jak Cath sie przeciaga. Na szczescie... nie slyszala naszej rozmowy z Jane.
-Gdzies idziesz?
-Mam cos do zalatwienia.
-Co takiego?
-Cath, wyskocz z dziewczynami gdzies. Wroce niedlugo.
-Czyli kiedy?
Wzruszylem ramionami.
-Brakuje mi ciebie.
Spowaznialem. Spojrzalem jej w oczy i poglaskalem po policzku. Nie moglem odkladac wizyty u rodzinki, jednak tez nie chcialem jej sprawiac przykrosci.
-Chodz. - pociagnalem ja za rece do lazienki, na szybki prysznic.
Kiedy sie do mnie przytulila poczulem jak moje serce sie porusza. Pierwszy raz od lat gdy bylem czlowiekiem, czego nawet nie jestem wstanie sobie przypomniec.
Pocalowalem ja w szyje i poczulem zapah krwi. Wysunely mi sie zeby, mialem wprawe w opanowaniu glodu jednak teraz... jej zapach byl silny, niz u kogokolwiek.
W ostatnim momencie sie powstrzymalem. Nie moglem, nie ona. Gdy poglaskala mnie po wlosach az zabolaly mnie kly, poczulem glod jakiego dawno nie czulem. Oderwalem sie od niej, delikatnie odsuwajac ja od siebie.
-Bede niedlugo.
Pocalowala mnie delikatnie, a ja szybko wyszedlem.
Spotkanie ze stara dobra rodzinka nie bylo mi obce, wiedzialem co beda probowali zrobic. Sam bylem w szoku, ze oni w ogole sie obudzili... i moj brat... moj prawdziwy z krwi i kosci Sam. Pamietam go gdy jeszcze obaj bylismy tylko szlachta, gdy obaj polowalismy na ludzi. Bylismy rozpruwaczami, mordowalismy wszystko i wszystkich... byly to wspaniale czasy.
Nie bylem wampirem bez uczuc jak oni. Od kiedy ujrzalem Cath i ja poznalem. Oczywiscie, nie zrezygnuje z mordowania, potrzebuje sie karmic krwia ludzka, bo zwierzeca mnie nie zadowala. Bylem wampirem z najgorszych czasow, wiec tez nie bylem w stanie sie zmienic calkowicie. Przy Cathy sie staralem ile moglem.
Wszedlem na sale gdzie czekala rodzinka. Spojrzalem na Aro, Marka, Kajusa,Jane... Enzo. Wszyscy obserwowali mnie uradowani. Bylem synem Aro, glownego i pierwszego wampira ktory podpisywal kodeks wraz ze mna z wilkolakami... Nie okazywalem szczescia, gdy go zobaczylem.
-Christianie, jak sie ciesze, ze cie widze! - wstal i klasnal w dlonie.
On szczegolnie pragnal zobaczyc Cathy, wejrzec w jej przeszlosc, kim jest naprawde... I kim powinna byc. To byla cenna cecha umiejetnosci mojego ojca. Wujowie mieli inne przydatne umiejetnosci... Jane mogla kontrolowac bol. Ja... Dysponowalem dwiema umiejetnosciami... Niewyobrazalna sila fizyczna... i kontrolowanie umyslow.
-Bez ceregieli, ojcze. Wiem po co tu jestem, czego chcesz?
-Bys zlikwidowal Lilith. Narobila nam wiele problemow, ktore zwiazalo sie ze spaleniem miasta i nasza smiercia... ona nam zagraza.
-Ona jest inna! - krzyknalem wsciekly.
-A Ty? Ukrywasz to kim jestes? - odezwal sie Kajus. - Predzej czy pozniej sie dowie. I odejdzie.
-Dbam o to, by nie wiedziala kim jest. Ma usunieta pamiec zastapiona innymi wspomnieniami. Nic nie wie.
Ojciec spojrzal na mnie zamyslony. Grzebal mi w myslach...
-Wynos sie z mojej glowy! - krzyknalem na niego wsciekly.
Nie wzruszyl sie za bardzo.
-Moze tak...- zaczal nagle obserwujac mnie.
-Aro, wiesz dobrze, ze nie mozemy pozwolic na powtorki. Nie dajemy drugiej szansy. - odezwal sie Marek.
Ojciec nie odezwal sie.
-Aczkolwiek... dam wam szanse, jednakze chce ja poznac.
-Popieprzylo was?!
-Bracie - uslyszalem glos za swoimi plecami - slychac cie na koncu korytarza.
Spojrzalem na Sama zmierzajacego do mnie. Emocje na bok, musialem ich przekonac.
-Wiemy co robimy, nie ukazemy jej naszej natury.
-Nie ufam wam. Chcecie ja zabic, pozbyc sie ciezaru. Ona nie jest taka jak Lilith. Nie robcie cyrku, jestesmy rodzinka, ona niedlugo tez zostanie jedna z nas.
-Co? - poderwala sie Jane.
Ojciec uniosl brwi, jakby nie sadzil, ze mowie powaznie.
Enzo wsciekly nagle zjawil sie obok mnie.
-Uspokoj sie braciszku, bo ci tetnica peknie. - zasmialem sie.
-On oszalal! - krzyknal.
Aro uniosl reke by nastala cisza.
-Pokazemy Ci kim powinienes byc. - odparl i nagle przez drzwi weszli ludzie. Jane zamknela drzwi, dopiero teraz zaczelo sie to, czego moglem sie spodziewac tylko po swojej ukochanej rodzince. Nie reagowalem, stalem powstrzymujac glod gdy oni bawili sie ludzmi, nawet malymi dziecmi. Mordowali bez mrugniecia okiem z usmiechami. Jane i Enzo sprawialo to najwiecej radosci.
Sam stal obok mnie, zawsze byl tym dobrym braciszkiem, ktory jednak mial przesrane u ojca. On zawsze uwazal mnie za godnego morderce i nastepce... teraz uwaza, ze Cathy to przeszkoda...
Kly mi sie wysunely, poczulem zapach krwi... probowalem sie powstrzymac... Sam nie dal rady. Gdy napil sie z uciekajacej obok nas kobiety rzucil ja na ziemie. Gdy kobieta ktora przed chwila Sam zaatakowal, zaczela krzyczec i sie czolgac. Spojrzalem na nia... nie moglem sie powstrzymac... Wypilem z niej ostatnie tchnienie i poczulem jak czuje sie silny...
-Idziemy stad! - krzyknal Sam.
Spojrzalem na niego.
Trudno bylo sie zmusic do wyjscia. Jednak poczekalem az przestali mordowac i kazdy czlowiek byl martwy.
-Koniec przedstawienia! - zaklaskalem.
-Christian, idziemy... - odparl Sam.
-Jestescie na samym dnie, bo staracie sie mnie przekonac... jednak mam to gdzies. Jesli ktores z was sie wtraci rozpetam pieklo.
Kazde z mojego rodzenstwa spojrzalo na mnie rozbawione, jednak wujom nie bylo do smiechu. Wiedzieli, ze jesli Sam pojdzie ze mna na wojne bedzie ciezko.
Odwrocilem sie do nich gdy szedlem do wyjscia.
-I jeszcze jedno. Idzcie wszyscy do piekla.
Spojrzalem ojcu w oczy.
Wyszedlem z Samem na zewnatrz. Bylo jeszcze wczesnie, wiec poszlismy sie przejsc.
-Poznasz mnie z nia? Jestem ciekaw czy wyglada jak nasza Lilith.
-Wygladala. Mam jej zdjecia. Co najciekawsze, zmieniala postacie z tego co mowil Grindewald sporo razy i za kazdym wygladala jak Lilith, ktora umiejetnoscia bylo zmienianie twarzy, charakteru... Stad jej zachowania. Teraz jest potulna, kochana i niewinna...
-Chodzmy sie napic whisky. Chyba nasz dom jeszcze stoi.
-Przez setki lat trzymalem go na dobra, wyjatkowa okazje, bracie. - poklepalem go po ramieniu.
-A moze odwiedzimy lasy za starych dobrych czasow?
Usmiechnalem sie.
-Ostanio tam bylem, pokiereszowac jednego z kundli...
-Wilkolaki? Fantastycznie. Podraznimy sie z nimi. Ale tylko na terenie naszym.
-Mozemy tam wejsc, musze wziac pare rzeczy z domu rodzicow Cathy. Ma dom w rezerwacie. Nie wdawaj sie w bojki jak ja ostatnio.
-Oczywiscie. - zasmialismy sie oboje.
Gdy po cichu wynosilem rzeczy Cath z jej pokoju przez okno do auta uslyszelismy wycie wilkow. Sam pakowal rzeczy do bagaznika mojego auta a ja westchnalem.
-Pieprzony kodeks, od razu bym wybil te psy. - mruknalem pod nosem.
-Nie rob niczego czego bedziesz zalowal.
-Nie rozumiesz. Ona kocha w dalszym ciagu jednego kundla... Do mnie tez cos czuje, ale wiem ze mysli o nim czasem...
-Nie przejmuj sie, wszystko sie zmieni.
Gdy jechalismy samochodem do domu bylo ciemno w zupelnosci, gdy skrecalem pod kola wpadla mi dziewczyna. Zachamowalem ostro. Sam chcial wysiasc, bo dziewczyna lezala na ulicy przerazona.
-To wilczyca.
Jednak zignorowal to i wysiadl. Westchnalem.
-Idiota, po prostu za kazda dupa obraca leb jak pies...
Wysiadlem, dziewczyna chciala wstawac i uciekac jednak Sam zlapal ja za reke.
-Jak masz na imie?
-Co cie to?! - wrzasnela.
-Przeciez cie nie zjemy. - mruknalem rozbawiony. - Wypusc ja bo sie trzesie jak sarenka.
-Uwazaj na slowa! - krzyknela na mnie.
-Uwazaj bo sie przestrasze. - rozesmialem sie i nagle spowaznialem. - Dobra, zostaw ja bo sie posika z wrazenia.
Sam milczal, jakby... nie... nie.
Szarpnalem go za kurtke.
-Idziemy. - powiedzialem przerazony.
-Jak masz na imie? Nic ci nie zrobimy... Tylko zdradz imie... - spojrzal jej w oczy.
-Na milosc boska... co za panto...
-Alyssa. - odparla, a ja zamarlem.
Odwrocilem sie do dziweczyny.
-Jestes siostra...
-Znasz Alexa? - zdziwila sie.
-Nie. - odparlem szybko i pociagnalem Sama do samochodu.
-Pogielo cie?! Zostaw mnie, ona jest cudowna...
-Ja jestem cudowny, wystarczy. - wpakowalem go do auta.
Alyssa obserwowala Sama jakby mile zaskoczona.
Wsiadlem za kolko i odjechalem z piskiem opon wymijajac dziewczyne.
-Co ty...
-Zapomnij o niej. Malo masz malolat w Seattle? Tez mozesz je przeleciec.
-Ale ja nie chce jej przeleciec. - odparl zirytowany.
-Ta, no tak. Czasem zaluje ze nie mam brata blizniaka. - wzruszylem ramionami.
Ta panna jesli Sam sie wokol niej zakreci... a na pewno bedzie probowal.. to znow strace brata jak kiedys... i to jak zwykle, przez dziewuche. A Juz na pewno nie pozwole mu zakrecac sie wokol kundla.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz