piątek, 16 marca 2018

Od Cathy

 Gralismy na jachcie w bilard. Nieco sie rozweselilam od tamtej chwili w La Push. Staralam sie zapomniec o uczuciu, albo chociaz je stlumic w sobie. Minelo dopiero pare godzin, jednak... wolalam myslec przyszlosciowo.
  Ostatni strzal nalezal do mnie, znaczy... tak planowalam. Z usmiechem podeszlam z kijem do stolu i wymierzylam w kule. Trafilam, jednak nie poszlo pomojej mysli. Ustrzelilam przez przypadek czarna...
-Niezly strzal - skomentowal kpiaco.











-Spadaj... - zasmialam sie i odlozylam kij.
-Wygrales, mam dosc. Nie umiem w to grac.
-Przeglalas jednym punktem kochanie. - podszedl do mnie blizej.
-Ide sie poopalac. Zrobisz mi drinka?
-Pewnie.
  Podziwialam na gorze piekne widoki Seattle, bylismy daleko od portu. Usmiechnelam sie na ten widok. Moze tak mialo byc...?
  Christian pocalowal mnie w gole ramie. Wzielam od niego drinka i rozwalilam sie na lezaku.
-Musze popracowac jeszcze troche.
-Miales miec dzisiaj wolne.
-Wybacz mi, wynagrodze ci to wieczorem.
-Wieczorem ide z dziewczynami do klubu.
-Nic o tym nie wiem. - sciagnal brwi zirytowany.
   Westchnelam.
-Daj spokoj.
-Beze mnie nigdzie nie idziesz.
  Rozesmialam sie.















-To takie zabawne?
  Nie skomentowal tym razem, ruszyl do steru i wracal do portu.
  Zla poszlam do srodka by sie ubrac.
  Wiem jaki jest. Terytorialny, nie pozwoli mi sie szwendac po klubach bo niby wie co sie stanie. Przesadzal. Chociaz... martwil sie o mnie.
  Gdy Christian chcial zacumowac jacht ja wyskoczylam z niego. Poszlam przed siebie ingorujac go. Gdy wychodzilam juz z przystani bedac daleko od Christiana, jak mi sie wydawalo, on nagle zjawil sie za mna.
-Jak ty tak szybko...
-Oszalalas?
-Ty oszalales!
-Idz pracowac, do wieczora. - skrocilam rozmowe i odeszlam.

  Gdy bylam w klubie z dziewczynami bawilysmy sie swietnie. Nawalilam sie chyba najbardziej. Jednak dzis byl wyjatkowy wieczor... kobiety pily do polnocy za darmo! Mialam wylaczony telefon wiec nawet nie slyszalam gdy ktos do mnie dzwonil. I dobrze!
-Ale sie nawalilam. Tamten koles to istny bog.  - podeszla do nas Allie.
-Kojarze go... - zdziwilam sie.
-No co ty? Nie mozliwe, nie jest stad. Podobno mieszka niedaleko Forks.
-Paul... chyba... obserwuje mnie, to chyba on...
-O matko, ja go chce... - podskoczyla nagle i poszla do niego.
  Byla blondynka o niebieskich oczach, byla sliczna. Nie mogl sie jej oprzec tym bardziej, ze z tego co pamietam Paul jest kobieciarzem.
  Nagle ktos zlapal mnie za reke. Zimna dlon pociagnela mnie w strone wyjscia.
-Halo, ej! - krzyknelam.
-Dosc tego, jest druga w nocy...
-Christian?! - zdziwilam sie. - Nigdzie nie ide, spadaj! - odwrocilam sie od niego by isc w swoja strone lecz on przerzucil mnie przez ramie i wyszedl z klubu prosto do auta.
-Pusc mnie!
  Tylko parsknal pod nosem i sprzedal mi mocnego klapsa. Jeknelam cicho.


-Christian!
-Mowilem, ze sie policzymy w domu. 
-Nie mowiles - zasmialam sie. 
-To juz wiesz. 
  Wpakowal mnie do samochodu i pojechalismy do domu. 
  Na miejscu bylismy sami. Usiadl ze mna na kanapie, chcialam go pocalowac, jednak sie odsunal. 
  Przelozyl mnie przez nogi tak, ze lezalam na brzuchu na jego udach. Smialismy sie w najlepsze, mimo tego ze bylam tak nawalona ze czulam jak mi sie cofa. 
  Nagle uslyszelismy chrzakniecie. 
  Oboje sie ogarnelismy. Ja probowalam sie wyczolgac a Christian mi pomogl.


-Przepraszam, pani Wood. 
  Spojrzalam na kobiete... nigdy wczesniej jej nie widzialam.
-Ach tak, moze pani wracac do domu. Podejrzewalem, ze Cathy bedzie w domu wczesniej... 
-Dobrze. Dobranoc. - odeszla do windy. 
-Kto to? - spytalam majac glowe na jego kolanach. 
-Ana. Ma Cie chronic. 
-Chronic? 
-Mam ostatnio problem w pracy. Ktos chce nie tylko mnie zaszkodzic, mojej rodzinie rowniez. 
-Czemu nie mowiles wczesniej? - zmartwilam sie. 
-Bo to nic waznego. Chodz spac. 
  Polozylismy sie a ja padlam od razu, wtulona w poduszke. 


   Oczami Christiana 



  Wcale nie pomagala mi mysl, ze wyczyscilem jej pamiec o tym co ja spotkalo. Kochalem ja ponad zycie, jednak poprzednie zycie wiele mnie zmienilo. Jednak czuje, ze przeszkoda jest ten caly pies z La Push. Moja ochrona rowniez byla wampirami. Wiedzialem, ze te kundle rozszarpaly mojego syna Adriena, jedynego potomka, ktorego udalo mi sie stworzyc. Jedyny, ktory sie do tego nadawal. Jednak teraz... powoli trace kontrole nad wszystkim przez Cathy. Nigdy jje nie tracilem. Nie moglem odpuscic do jakichkolwiek zmian, jednak milosc, jaka pierwszy raz doznalem od kilkuset lat to wlasnie ta do Cath... I nie moglem jej stracic. Juz wystarczajaco dalem im laske, ze zupelnie nie wymazalem Alexa z jej pamieci. 
  Postanowilem sie tam wybrac. Poglaskalem Cath po glowie i pocalowalem w czolo. Smacznie spala. Wyszedlem z pokoju i spojrzalem na wchodzaca do srodka Dorothy. 
-Zrob jej sniadanie gdy sie obudzi. 
-Oczywiscie, panie Wood. 
  Lubilem miec nad rasa ludzka przewage i wladze, jednak... Dorothy o nas nie wiedziala. Nie bylem typem wampira ktory zywil sie bezposrednio ludzka krwia... Od chwili gdy poznalem Cath i Grindewald zlecil mi zabicie jej. Aczkolwiek... jak widac, plany potoczyly sie inaczej. Nie byl problem zabicie go, gdy zwrocil sie do mnie o pomoc nie moglem odmowic. Cath byla bardzo podobna do kogos, kogo kiedys kochalem. Gdy zobaczylem jej zdjecia chcialem ja zamordowac z zemsty na ktora nie mialem okazji przed setki laty. Jednak ona jest inna.
  Wskoczylem do swojego Audi R8, nowego modelu testowego nad ktorym pracowalem. Ruszylem do La Push. Oczywiscie, znalem zasady jednak jako ze jestem ostatni z rodu pierwszych wampirow, podpis moj widnieje w kodeksie podpisanym z wilkolakami, ich przodkami nie mogli mi nic zrobic jesli jestem w slusznej sprawie. A musialem sie rozmowic z tym kundlem. 
  Gdy wjechalem na ich teren musieli mnie wyczuc, nie mnie konkretnie, ale na pewno wampira. Uslyszalem wycie z roznych stron. Parsknalem pod nosem. Zapchlone szczeniaki. 
  Wjechalem w lesna droge i wysiadlem z samochodu. Na swojej drodze od razu napotkalem grupe wilkolakow. 
  Kiwnalem glowa w ich strone. 
-Skoro tu jestes to musi byc cos waznego. -  rozmowil sie do mnie alfa. 
  Rozumialem ich mowe bez problemu. Najstarsze wampiry maja ten... zaszczyt. 
-Owszem, jednak chcialbym na osobnosci rozmowic sie z jednym z was. 
  Wilki spojrzaly na siebie zaskoczone, powarkujac. 
-Z kim chcesz mowic? - warknal alfa. 
-Alex Volk. - gdy to powiedzialem jeden z nich, a raczej jedna z nich, chyba najmlodsza az zdebiala. 
-Nie mozemy was zostawic. Znasz kodeks. 
-Ty rowniez i wiesz, ze nic mu nie zrobie. - odparlem powaznie. 
  Wilki wiedzialy, kim byl Adrien dla mnie... jednak znalem zasady i on okazal sie glupcem i niestety byl do odstrzalu. Wszyscy to wiedzielismy. 
  Wilki rozeszly sie i zostal sam Alex, jak sie domyslilem. 
-Czego Ty ode mnie chcesz, pijawko?
-Bylem tutaj... setki lat temu. Jednak nie przypuszczalem, ze jakis zapchlony pies bedzie mi wchodzil w droge. 
-Co ty pieprzysz? - warknal na mnie pokazujac zeby. 
-Ciagle Cath o tobie mysli, masz to zmienic. Bo inaczej wszystkich was wyrwe jak chwasty. 
-Co zrobiles Cath?! -  wyrwal sie. 
-To o co prosila od dawna. 
-Nie mozesz za nia decydowac, pijawko. 
-Ale za to Ty zdecydowales. Zostawiajac ja podsunales mi ja, pozwoliles poznac. Uratowalem jej zycie, czego Ty nie zrobiles. Wiec, kundlu, trzymaj sie z dala od niej. 
  Odwrocilem sie i uslyszalem jak rusza w moja strone. Uderzylem go odpychajac jak najdalej. Zapiszczal, jednak szybko sie podniosl. 


  Reszta szybko sie zjawila, jednak nie atakowala. Nie to, ze sie mnie bali, mieli przewage... Jednak gdy mnie rozszarpia zacznie sie wojna i swiat ludzi bedzie zagrozony. Kodeks nie bedzie wazny. 
  Spojrzalem, mialem nadzieje, ostatni raz na tego konkretnego kundla. 


  Wrocilem do auta, gdy zamknalem drzwi w ostatniej sekundzie rzucil sie na auto Alex. Spojrzalem mu w oczy, usmiechnalem sie lekko i obojetnie odjechalem do Seattle. 
  
  Na miejscu czekala na mnie Cath, zdziwiony wszedlem do biura i zaslonilem zaluzje. 
-Jestesmy w pracy, Cath. 
-Gdzie byles? Nie bylo cie rano jak zawsze. Mow prawde. 
  Westchnalem i spojrzalem na nia. 



-Musialem zalatwic cos waznego. - poglaskalem ja po policzku. 
-Mam kaca... - usmiechnela sie. - Ale chyba mozemy spelnic obietnice... 
-Jaka? - spojrzalem na nia prowokujaca, lapiac za tylek. 
-Obiecywales mi wieczor...
-Jestem w pracy...
  Podeszla do drzwi i je zamknela, podchodzac do mnie blizej. 
  Tak, zdecydowanie ja kochalem. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz