poniedziałek, 12 marca 2018

Od Cathy

-Nie mozesz uciekac. Wrocisz ze mna do szkoly. - nakazal Karter.
  W mojej glowie narodzil sie pewien pomysl. Moze sie nie oprze mojemu urokowi i wtedy pomoze mi uciec... bedzie mnie kryl. Wydawal sie bardzo naiwny. Ja musialam uciec. Nie moglam tu byc, dzialo sie ze mna cos zlego...
  Usiedlismy na przewalonym drzewie, mielismy widok na caly Hogwart. Nagle zrobilo sie ciemno, zimno... zobaczylismy, ze nad Hogwartem leca Dementorzy. Oboje obserwowalismy zjawisko jednak Sam nie okazal sie wcale wzruszony. Ja az cala dygotalam. Wezwali dementorow..?
-Musisz wrocic. - namawial mnie w dalszym ciagu.
-Nie, odpada. Prosze pana... moglby pan.. - przysunelam sie do niego blizej.
-Co Ty robisz...? - spytal nagle lekko zdezorientowany.
-Czuje sie... taka samotna... nie wiem co mam robic... pan mnie rozumie...
-Mow mi Sam... ale to bedzie nasza tajemnica, dobra?
-Tak,tak... - udawalam, ze placze.
   Umialam sobie radzic, wiec nie uwazalam, ze moje starania sa na nic. Nieco popracowalam nad technika i uginal sie pod moim urokiem.
-Pomoz mi sie stad ulotnic... nikt sie nie dowie...
   Spojrzal mi w oczy i wtedy go pocalowalam.
-Blagam... - spojrzalam w oczy.
  Pocalunki slabo mi wychodzily, jesli nie byly prawdziwe. I malo kto w nie wierzyl, jednak... on chyba uwierzyl...
-Pomoge ci bo wiem jak to jest.
-Jak to?
  Poszlismy w strone jego samochodu. Podal mi kluczyki.
-Jedz, spakuj sie i wyjedz jak najdalej. Jestem Grindewald...
-Co... - wycedzilam.
  To jeden  z najniebezpiecznych czarodziejow wszechczasow. Czytalam o historii czarodzieji na lekcji... ale on byl w Askabanie... znow zniknal i nikt go nie szuka...?
-Odnajde cie, bo jestes niezwykle mi potrzebna. Z twoimi umiejetnosciami bedziesz jak drugi Pan... - rozesmial sie.
  Pan...? Voldemort...?
  Przerazilam sie.
  Wpakowal mnie do samochodu, pokazal jak wlaczyc opcje przeciw mugolom... jeden pstryczek... i ciach. Jestem niewidzialna. Usmiechnieta po tym jak zrozumialam, ze pajac zostal wykiwany pojechalam do siebie, byla to dluga droga... Jednak w La Push bylo malo ludzi, gdy dojechalam, a raczej dolecialam. Wyszlam z samochodu, porwalam pierwsza lepsza dziewczyne i wsadzilam do auta. Uzylam zaklecia tego co na mnie, by wygladala jak ja. Nieprzytomna wsadzilam do samochodu. Jak to zrobilam? Ogluszylam ja, nafaszerowalam narkotykami... bedzie wiarygodna... moja smierc. Jednak nie moglam dopuscic sie jednego... jednej rzeczy ktora musze zalatwic...
  Hipnozja nie byla prosta, ale udalo sie i miala wjechac pod pierwszy pociag jaki napotka i musi zostac z niej conajmniej proch. Tak tez sie stalo. To nie bylo dobre, oczywiste... jednak dbalam o tylek. Nie bylam taka wczesniej, jednak... zmiana... Prawdopodobnie zmiana cial zmienia rowniez dusze... tylko... kim i jaki byl wlasciciel tego ciala...
  Po wypadku prawie od razu zleciala sie policja i dzeinnikarze. Byl to wieczor wiec szybko polecialam po rzeczy. Spakowana wybieglam z domu. Wyszukalam Alexa jak popytalam ludzi w jego sasiedztwie. Byl pod domem Mii, jednak nie moglam tego odpuscic. On musial wiedziec.
   Stal pod drzwiami, jakby wychodzil stamtad... Zazdrosc? Oczywiscie. I nie bylam zadowolona, co pokazalam.
-Alex!!! - krzyknelam, a on odwrocil sie niedowierzajac.
-Cathy?
  Dorwalam go i pocalowalam go prawdziwie... chyba...
-Alex! Zapomniales... - otworzyly sie drzwi. Alex oderwal sie ode mnie a ja... no coz. Ja,to ja.
-A...Alex...? - jakala sie dziewczyna.
-Nie piekl sie - skomentowalam - to na pozegnanie... - powiedzialam juz bardziej przejeta.
-Mia...
  Dziewczyna miala lzy w oczach i trzasnela drzwiami. Alex spojrzal na mnie rozjuszony.
-Co to mialo byc!?
-Chodz ze mna...
-Nigdzie nie ide! Cath, robisz co chcesz, znikasz, robisz takie krzywe akcje?!
-Bo...
-Bo co?! Do cholery, Cath...!
-SZUKAJA MNIE... MUSZE OPUSCIC LA PUSH!
-Co...?
-Upozorowalam swoja smierc wiec nie mysl, ze to ja. Musze sie ukryc wiec... chcialam sie pozegnac jak nalezy.
-To jest pozegnanie jak nalezy?! Co twoi rodzice...?! Myslalas o nich...?!
-Tak. Ale to jedyne wyjscie. Wymazalam im pamiec...
-Mi tez to zrobisz...?
-Nie. Wilkolaki sa odporne... - usmiechnelam sie slabo. - Wybaczy ci... - wskazalam na drzwi.
  Pokrecil glowa i spojrzal na mnie... nie umialam nic z niego rozszyfrowac...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz