czwartek, 15 marca 2018

Od Cathy

Powoli zaczynalam rozumiec, ze warto odpuscic sobie Alexa. Jesli bede dalej sie z nim kontaktowac nie zapomni o mnie ani nie ulozy sobie zycia. Po napisaniu maila to zrozumialam... szkoda, ze tak pozno...
   Chcialam sobie ulozyc zycie, porzucic magie i zyc jak czlowiek... bez swiadomosci co sie dzieje na swiecie, szkoda, ze tak sie nie da. Alex... ma ta Mie... kimkolwiek jest dla niego ta laska, moze to jest ta jedyna a ja jestem przeszkoda.
  Dostalam smsa od Christiana. Zdziwilam sie, bo skad ma moj numer telefonu? Spytal o spotkanie, mialam takiego dola przez cala sytuacje... jednak... nie mam wyjscia. Nie moge odrzucac kazdego faceta bo Alex wybral inna droge. Ja tez powinnam jedna z nich obrac.
   Zgodzilam sie. Przyszlam do umowionej kawiarni i tam czekalam na niego. Stalam przy barze, czekajac na miejscowego ''najlepszego'' drinka.
-Hej, Cath. - uslyszalam za soba znajomy glos.
-Czesc Christian. - odwrocilam sie do niego. - Sluchaj, przepraszam za to, ze nie odpisywalam wczesniej... po prostu myslalam, ze nie jestem gotowa na nikogo... ale... chce sprobowac. - zerknelam na niego.
   Tak, ostatnie dni minely gorzej. Przez ignorowanie Grindewalda i obmyslaniu jak wydac go Ministerstwie Magii odrzucalam od siebie Christiana. Nawet nie przez to, brakowalo mi Alexa. Jednak powoli rozumialam, ze to bez sensu, nie moge tam wrocic a on nie moze odejsc. To bez sensu... Bolalo, jednak musialam wejsc na gleboka wode na sile... by zaczac zyc.
  Kiedy uslyszal moje slowa usmiechnal sie tylko jakby... odzyskal nadzieje...?












-Ciesze sie, ze podjelas decyzje, Cath. - zlapal mnie za reke i poszlismy usiasc przy umowionym stoliku.
   Gdy przechodzilismy mialam wrazenie, ze siedzial Grindewald, jego prawdziwy wyglad wzbudzal we mnie strach i przerazenie. Nie wygladal na milego faceta, blondyna... jego biala czupryna stojaca jakb kopnal go piorun, jedno oko biale, drugie brazowe, blada cera... wpatrywal sie w okno, udajac, ze mnie nie widzi. Z drinkiem jednak zostalam odciagnieta od stolika Grindewalda przez Christiana.
  Jedyne co moglam przypuszczac, ze chce zemsty... albo ksiegi czarnej magii... ktora posiadam. Ciagle nosze ja ze soba, wiec...czemu by nie negocjowac? Moglby usunac mi pamiec o tym ze kiedykolwiek widzialam Hogwart, czarodzieji, wilkolaki, wampiry... Jednak Alexa zapamietalabym jako czlowieka, chlopaka z La Push ktory pozwolil mi odejsc a ja... wyjechalam z rozpaczy... do Seattle...
  Gdy odchodzilam, majac na nim zawieszone oko, Christian poprowadzil mnie dalej.











-Co tak go obserwujesz? - spytal Christian.
-Przypomina mi kogos. - odparlam rozkojarzona.
  Przygladal mi sie tajemniczo. Jednak w jego spojrzeniu bylo cos, na co moglabym sie zgodzic. By zapomniec o rodzacym sie uczuciu do Alexa, ktore roslo.
-Chodzi ci o Grindewalda? - spytal, a ja zamarlam.
  Odebralo mi mowe. Nie... Tylko nie to... To jego zemsta, prawda? Grindewalda...?
-Nie patrz sie tak na mnie... - szepnal. - Tu nas nie slyszy. Pomoge ci. Rob co mowie. Wiem czego pragniesz, dam Ci to wszystko ale musisz robic co kaze. - dodal zdecydowanie.
   Wyjelam powoli ksiege ze swojej torby. Podalam ja Christianowi.
-Skad wiesz, czego pragne?
-Widac to po Tobie. Ktos cie nie docenil, nie potrafil cie pokochac. Chcesz normalne zycie.
-Pracujesz dla Grindewalda?
-Tak. Mialem Cie wykonczyc, ale...
-Co?
-Nie rob scen, bo bede musial...
  Zabralam torbe i skierowalam sie do wyjscia. Christian zlapal mnie za reke zanim doszlam do stolika czarodzieja. Odwrocilam sie do niego, po chwili nagle stracilam przytomnosc.

  Ocknelam sie... nawet nie wiem po jakim czasie. Co sie wlasciwie stalo? Gdzie jestem?
-Hej kochanie. - uslyszalam glos Christiana.
  Spojrzalam na niego i usmiechnelam sie. Nie wiedzialam nawet co sie stalo.












  Nic nie pamietalam, zupelnie nic.
-Co sie stalo?
-Zemdlalas, ale juz jest dobrze.
-A gdzie jestem?
-U mnie. Dorothy zrobila sniadanie, ja musze wyjsc.
-Gdzie?
-Do pracy, Cathy. Dasz sobie rade?
-Jasne, napisze do przyjaciela z La Push... ile spalam? Powinnam pisac czesciej...
-Wolalbym, zebys go zostawila w spokoju. Z tego co mowilas wczoraj ma kogos...No i spalas tylko dzien. - poglaskal mnie po glowie jedna reka zapinajac koszule.
-Nie badz zazdrosny, to tylko przyjaciel.
  Spojrzal sie na mnie, jakby cos wiedzial, czego nie powinien. Ze tak naprawde kocham ich obu...? Moze bardziej Alexa? Jednak... nie moglam robic czegos wbrew nam... Mi... i Christianowi.
-Nie martw sie.
   Christian byl biznesmenem w Seattle, zajmowal sie glownie motoryzacja, mial wlasna firme i ponadto promowal inne marki. Mial sporo pracy jednak poswiecal mi duzo czasu.
  Czulam sie jakbym spala wiecej niz dzien... Ale przeciez to nie ludzkie...
  Christian wyszedl na dol na swoj parking. Zostawil mnie z gosposia, ktora wlasnie podala mi sniadanie. Nie bylam przyzwyczajona do takich luksusow, wiec poprosilam ja by nie podawala mi sniadania w ten sposob i jesli moge sama sobie bede je robic.
  Usmiechnela sie i przytaknela na propozycje.
  Moze... Odwiedze La Push? To tylko kawalek drogi stad...
  Ubralam sie i zeszlam na parking. Wybralam jeden z samochodow Christiana, wlozylam kluczyki i wyruszylam. Mialam na dzieje, ze bedzie w domu, chociaz... co innego moze miec do roboty? - usmiechnelam sie mimowolnie. W koncu go zobacze. Mam wrazenie, ze minal miesiac od ostatniego spotkania.
  Szkoda, ze nie mam do niego numeru,moj nowy telefon niestety nie dostal tego zaszczytu, jednak moze teraz mi poda swoj telefon? Bede bardzo wniebowzieta, bo obejdzie sie bez emaili.


  Na miejscu zapukalam do drzwi gdzie jak dobrze pamietam mieszkal Alex. Otworzyla mi jego mama, ktora na moj widok zareagowala... jakby mnie nie znala.
-W czym moge pomoc?
-Ja do Alexa... jest moze?
-A kim pani jest?
-Jego przyjaciolka... - odparlam zaskoczona. Na pewno raz mnie widziala...
-Alex! - zawolala, po czym odeszla zostawiajac nas samych.
-Heeeeej. - usmiechnelam sie do niego.











  Spojrzal na mnie pytajaco.
-Ehm...
-Juz mnie nie poznajesz, marudo? No to ja stara Cathy, moze sie troche zmienilam...
-Jak to, Cathy? - wyszeptal.
-Wiem, dlugo mnie nie widziales, ja tez sie nie odzywalam...
-Chodz sie przejsc... - pociagnal mnie na plaze.
-Matko, jak ja dawno tu nie spacerowalam.
-Nie jestes juz czarownica. - wypalil nagle a ja sie rozesmialam.
-Az tak straszna bylam dla ciebie? Dobra, moze bylam roche chamska...
-Nie pamietasz?
-Czego? - zatrzymalam sie i spojrzalam na niego. - Alex, dziwnie sie zachowujesz... Wszystko okej?
  Sciagnal brwi w zamysleniu, jakby nic nie rozumial. To ja tu nic nie rozumialam.
-Hej, mylslalam, ze sie uieszysz z wizyty...
-Ciesze sie. - nagle usmiechnal sie jakby udawal.
-Dziwak jestes. - dalam mu kuksanca w bok. - Matko, ale Ty jestes cieply... masz goraczke?!
-Nie, Cath, przeciez... wiesz... zawsze bylem goracy. To La Push. - parsknal.
-No tak...
  Nagle jakby... wyczul cos. Zaczal dziwnie sie zachowywac. Ta, normalny to on nie byl...
-Czemu nie odzywalas sie tyle czasu?
-Mialam wypadek, spalam pare dni...
-Wypadek?
-Ta, nic nie pamietam. - wzruszylam ramionami.
-Masz kogos? - spytal nagle.
-Ehm... Tak... musialam, by nie zwariowac.
-Mhm. - mruknal, jakby zly...?
-Przepraszam, ale sam nie chciales ze mna wyjechac... mialam problemy rodzinne, smierc rodzicow bardzo mi zaszkodzila, nie chciales jechac... nie wiem nawet czemu.  - odparlam.














-Jak smierc rodzicow...?
-Przeciez Ci mowilam... - westchnelam.
  Patrzyl na mnie jak na swira.
-Nie rozumiem Cie. Twoje maile... pisalas ze tesknisz. - szybko sie zdenerwowal.
  Ja rowniez.
-Myslisz ze mnie bylo kolorowo?! Kochalam Cie, a ty olales sprawe, nie probowales! Musialam znalezc kogos innego by zapomniec o tobie, samolubie!











-Charakterek ci sie nie zmienil - mruknal zly i poszedl przed siebie.
-Nie skonczylam jeszcze! - krzyknelam za nim i zlapalam go za ramie drapiac go paznokciami. Poleciala mu krew, spojrzal na mnie.
-Bedzie blizna, chora jestes?!
-Tak bo za kazdym razem uciekasz! Pajacu! Jak mozna...
  Pocalowal mnie. Tak po prostu. W srodku poczulam jak serce kloci sie same ze soba. Kochalam przeciez Christiana. Jednak... tak mnie do siebie przycisnal ze nie moglam sie oprzec.
  Oboje stracilismy rozum... na te chwile. Ostatnia, jaka sie okazala, chwile...


   Wracalam juz do domu autem. Przespalam sie z nim i czulam sie okropnie tak samo jak i doskonale. To bylo pozegnanie? Jednak musialam odpuscic i wrocic do domu. Najlepiej przemilczec. Byl juz wieczor, poszlam sie wykapac, kiedy przebrana w krotka koszule nocna weszlam do salonu ogladac telewizje otworzylam laptopa i cos mnie olsnilo. Sprawdzilam poczte, w tym samym momencie przyszedl Christian.
-Czesc kochanie.
-Czesc - usmiechnelam sie do niego zaskoczona. - Widziales?! Przyjecie do pracy w CorpoRecords?! To najlepsze wydawnictwo... Stephen King...
-Przed wypadkiem zlozylas podanie o prace. - pocalowal mnie.
  Usmiechnelam sie.
-Wszysko sie uklada... - szepnelam.
-Czekaj na mnie w sypialni.
   Tak zrobilam. Czekalam na niego, a on przyszedl i sciagnal koszulke. Nie odrywal ode mnie wzroku.










  Jego skora byla tak zimna... jednak po chwili przywyklam do jego temperatury. Nie zwracalam na to zadnej uwagi. Alex... bylo pozegnanie, teraz tylko poswiece sie sobie i Christianowi... Alex nie wydawal sie szczesliwy ze mnie widzi... Ani po naszym wspolnym razie. Uznalam, ze mnie nie chce nawet widziec, przyjaznic sie... A wiec niech tak bedzie.


  Rano obudzilam sie dosc pozno. Jest sobota, Christian byl w pokoju silowym, tzw. swojej silowni. Oparlam sie o sciane i przygladalam sie jego plecom. 











 Gdy mnie zauwazyl pocalowal mnie w usta delikatnie.
-W nocy nie byles taki delikatny... - usmiechnelam sie lekko.
  On tylko sie zasmial pod nosem.
-Ubierz sie...
-Dziwne, chcesz, zebym sie ubrala? - spytalam w szoku, lekko rozbawiona.
-Nie draznij lwa, skarbie.
  Usmiechnelam sie i ruszylam do kuchni. Zrobie mu sniadanie... Gosposia siedziala obok i dyskutowala, a ja akurat wyrobilam sie przed tym jak Chris poszedl do pracy.
-Bylo pyszne kochanie. - pocalowal mnie w czolo.
-Nie idziesz do pracy? - spytalam zdziwiona kiedy zobaczylam jak Christian siada w gabinecie.
-Nie. Jest ladna pogoda, zabiore Cie na jacht.
-Twoj...? -  wycedzilam. - Masz jacht?
-Zobaczysz. - pociagnal mnie za reke do windy na parking.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz