-Jak brzmiało to zaklęcie? - spytała kolejny raz.
-Już mówiłam, że nie pamiętam. - odparłam znudzona i wyczerpana. - Ojciec nic nie chce mi powiedzieć a więc to co wiecie tyle ja wiem. Coś w języku moich przodków, to jeden z wielu języków afrykańskich. Nie chcę mówić kolejny raz tego co wtedy... Słyszałam z niej głos, męski, który mówił, że jeśli chcę zmienić życie, zmień czary na zło.... jakoś tak. - ciągnęłam obojętnie.
-Jesteś z Afryki?
-Tak. Byłam czarną, piękną murzynką, a teraz jestem... zwykła... zwyczajna. Cholerny ojciec, nic mi nie wspomniał... a ta szkoła? Wiesz coś o niej? Hogwart?
-To szkoła dla uczniów tylko i wyłącznie czarodziejów. Czystej krwi lub pół krwi. Na teren szkoły mają zakaz wszelkie inne stworzenia i miejsce chronione jest pod okiem silnych czarodziejów.
-Na ile mam się tam przenieść?
-Masz tam coś jak semestry, taki sam system jednak... no wiesz, przygotowanie się w różdżkę i takie tam... niezbędne.Wiem tyle, że twoje zdolności nie są wygórowane, ale masz naprawdę w sobie siłę. Dlatego między innymi oni chcą mieć cię na oku. Był kiedyś, bardzo dawno temu... pewien czarodziej. Tom Marvolo-Riddle znany jako Voldemort. Jako chłopiec, również miał wielką moc, jednak on trafił od początku do szkoły. Jednak był bardzo złym człowiekiem, robił niewiarygodne rzeczy i prawde mówiąc, nikt nie ma pojęcia gdzie ukrył swój dziennik, zapiski, które dla każdego początkującego czy zaawansowanego czarodzieja są niebezpieczne. A nikt, tym bardziej dyrektor szkoły - James McWhite - z ministerstwa Magii nie dopuści do opcji, byś tam nie trafiła. Wszystkich mają pod kontrolą. Nie uciekniesz od tego.
-Mam to w nosie, mogę uciekać i z nimi walczyć, nie? Mogę się doskonalić... w czarach.
-Pokaż mi tą księgę.
Wyjęłam ją z torby i podałam jej.
-To jedna z czterech ksiąg czarnej magii. Zostały rozmieszczone po całym świecie. I ty trafiłaś na jedną z nich.
Spojrzała na mnie. Szczerze? Gówno mnie to obchodziło. Nie chcę być w tej sytuacji, mogę nawet spalić tą księgę, nie ma dla mnie znaczenia. Chce swoje dawne życie.
-Zabiorą ci ją, tak podejrzewam. Jeśli odkryją co tak naprawdę zrobiłaś, będę dociekać jak, skąd i dlaczego. Ich nie okłamiesz.
-Ja nie chcę tam iść... - odparłam cicho.
Nie należałam do osób nieśmiałych, wręcz przeciwnie. Miałam często gęsto głupie, szalone pomysły, byłam w środku taka jaki naprawdę jest mój lud - dziki i nieokiełznany, walczący do końca, nie chcący podporządkować się nikomu z zewnątrz. Nie pozwolę na to, by ktoś mną rządził.
Poczułam nagłą chęć, mały głosik bombardował mi myśli tworząc co chwilę niezrozumiałe echo. Nałóg. Nachyliłam się nad głową Alexa i spojrzałam na niego.
-Ja muszę spadać... Nagła sprawa.
-Jaka nagła sprawa? Znowu coś głupiego chcesz robić?
-Nie. Mam nagłą sprawę i idę.
Wstał i stanął obok mnie.
-Nie wiem, czy to dobry pomysł. Wracasz obok granicy, a ta pijawka...
-Wiem. - ucięłam.
-Odprowadzę cię.
Ewa nagle spojrzała na Alexa niepokojąco. Jakby... zaskoczona? Ale czym? Jakby miała coś przeciwko temu, że on aż tak się kręci dookoła mnie... Osobiście? Podobało mi się to, że się mną interesuje. Mimo tego jaka jestem... chociaż tak naprawdę mnie nie zna.
Wyszłam i minęłam w przejściu grupę roznegliżowanych do pasa chłopaków. Od razu zrobił się szum, a oni już zaczęli gadać.
-Ona tak dziwnie pachnie? Matko... ale żeś sobie wyrwał laskę...
-To ta nowa? Ładna... codziennie masz nowe... najpierw ta czarna... teraz ta ślicznotka? - zaśmiał się drugi.
-Ja tu stoję. - uśmiechnęłam się chamsko i pomachałam ręką w ich stronę. - Jednak to prawda, że faceci rozwijają się umysłowo do 3 roku życia... a potem tylko rosną... - zrobiłam kwaśną minę. - Jestem Cathy. - przedstawiłam im się.
-Nie będę odbijał Alexowi dziewczyny ale wiesz, jakbyś była wolna...
-Jasne, wtedy wrócę. - mrugnęłam do kolegi Alexa.
Nie wiem, czy podobałam się Alexowi czy on tak po prostu mi pomagał. Wydaje mi się, że tylko pomagał i wolałam nie pokazywać złej i zazdrosnej, zagorączkowanej laski. Dopiero się poznaliśmy... a to dopiero początki. Poza tym... niedługo wyjadę. Na długo.
Poszłam przed siebie wraz z Alexem.
-Świetni koledzy. - parsknęłam śmiechem.
-Masz specyficzne poczucie humoru.
Uśmiechnęłam się pod nosem.
-Wiem.
Gdy byliśmy pod domem praktycznie wparowałam do środka. W pokoju odpakowałam ostatni schowany woreczek z kokainą. Dwie kreski za mną... a teraz zabrałam się za czytanie zapisków które były w kufrze. Księgę oczywiście zabrałam ze sobą, ona również poszła w ruch. Tak jak nie mogłam spokojnie usiedzieć na miejscu tak zaczęłam uczyć się kolejnych zaklęć, jednak bez ich używania. Studiowałam zaklęcia, sposoby i techniki. Jednak... zaraz... skoro użyłam zaklęć bez różdżki...to chyba nie należy do normalnej czynności zwykłego czarodzieja...?
Co się będę przejmowała!
Pod wieczór dostałam wiadomość od swojej przyjaciółki. Lucy widocznie miała wolną chwilę, napisała do mnie a więc... ruszyłam na spotkanie z nią. Nie obchodziło mnie w tym momencie co sobie pomyśli. Z rezerwatu był spory kawałek, jednak transport znalazł się szybko.
-A więc... jesteś tu na stałe? - spytał kumpel Alexa jadąc z czarnym volvo.
-Ta, powiedzmy.
Chyba ten kolega był bardziej takim podrywaczem, odniosłam wrażenie,że działa Alexowi na nerwy. Jednak... podwózka była mi potrzebna... a akurat okazja była taka, że jedzie w centrum.
-A z Alexem to co?
-To sprawa jak sam zauważyłeś Alexa... i przede wszystkim moja.
-Jak on może z tobą kręcić.
Spojrzałam na niego wściekła.
-Uważaj na słowa, bo nie ręczę za siebie.
-Nie powinien mówić, kim jesteśmy.
-I tak was widziałam. Ukrywacie się jak nie wiadomo kto!
Spojrzał na mnie z dziwnym wyrazem twarzy, niby rozbawiony, a jakby... coć wyczuwał?
Gdy nasze spojrzenia się spotkały... przeklnął pod nosem.
-Cholera. Ty jesteś naćpana?! - parsknął. - O cie k....
-Jesteś chyba niepoważny! - udałam oburzoną.
-Chyba raczej on o tym nie wie...
-To nie wasz zasrany interes. Zatrzymaj się.
Zatrzymał się obok miejsca gdzie miałam spotkać się z Lucy.
-Jeszcze jedno... wpieprzasz się w moje sprawy to źle się dla ciebie skończy! - trzasnęłam drzwiami.
-Jak dla kogo! - odparł i odjechał.
Chyba się nie polubimy.
Niczym nie wzruszona weszłam do kawiarni gdzie siedziała Lucy. Usiadłam naprzeciwko niej a ona... nie była wcale zaskoczona.
-Wiedziałam...
-Co?
-Że coś jest nie tak...
-Co masz na...
-Jestem czarodziejem od podstawówki. Szkoła licealna to tylko przykrywka... do tego semestru. Będziesz chodziła ze mną na semestr, jednak... cały świat czarodziejów o tobie gada... - szepnęła.
-Jak to, do cholery, jesteś czarodziejem.
-Moja rodzina to mugole... czyli ja też. To ktoś pół krwi, ktoś kto pochodzi z poza magicznej rodziny. Takiej jak właśnie moja. Musisz przyznać się jakiego czaru użyłaś... twoi rodzice będą mieli łagodniejszą karę... Poza tym... zaraz... jesteś naćpana?! - wybuchnęła.
Spuściłam znudzona wzrok.
Wszystko zaczęło mnie przerastać...



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz