sobota, 14 kwietnia 2018

Od Lilith

   Kucnęłam, zapinając kaburę przy łydce na nóż. Do środka wszedł Bronx, zignorowałam go, wiedziałam, że powoli zaczynał się niepokoić o mnie. Zawsze troszczył się o zespół... nasz się rozpadł od momentu kiedy odeszliśmy.
-Lilith... wiem... widzę, że coś się dzieje. - zaczął. - Musisz dokonać zadania, to twoja praca.
   Westchnęłam. Może... nie, nie miał racji. Wiedziałam i znałam siebie na tyle, że nie dopuszczę do siebie niczego prócz nienawiści, odwagi i sprytu.












-Mylisz się, Bronx. - odparłam zirytowana i wstałam zapinając tym razem kaburę na broń przy pasie.
-Gdzie się wybierasz?
-Przestaniesz mnie niańczyć?
-Martwię się. Zawsze sprawowałem nad grupą opiekę...
-Nasza grupa się rozpadła. - podniosłam głos. - Nic z tym nie zrobimy, to przeszłość. Teraz jesteśmy jedną drużyną dwuosobową.
   Wyszłam i ruszyłam w stronę rezerwatu. Doszłam szybko, bo baza mieściła się w podziemiach firmy w której uzyskałam szefostwo, więc mogłam korzystać z opuszczonych magazynów piętrowych.
   Gdy doszłam do domu postanowiłam, że się przebiorę i tak też zrobiłam. Zmyłam makijaż na trochę naturalniejszy i mniej... ''dziwkarski'' i ruszyłam do wilczych mechaników. Nie powiem, potrzebowałam swojej maszyny. Martwiłam się, że może być nie do naprawy, skoro tak długo im to zajmuje.
   W środku czekał już na mnie jeden z nich, niestety imienia zapomniałam, nie miałam pamięci do tego... zawsze udawało mi się zapominać.
-Hej - przywitałam się śmiało. - Jak mój Kawasaki?
-Seth trochę go zaniedbuje, ale ja go oglądałem.
-Coś w nim chociaz ruszył? - spytałam zirytowana.
-Na to wygląda, że nie... ale spoko, zajmę się tym sam. Nowym trzeba pomagać.
-Nie mam prawa jazdy na samochód, ciężko mi się porusza stąd do Seattle... A ty chyba jesteś synem komendanta, co?
-Zgadza się, skąd wiesz? - spytał.















-Widziałam cię tutaj w mundurze policyjnym.
-Moja kobieta nie popiera mojej pracy...
-Ale szanuje? - usiadłam na masce jednego z aut.
-W miarę. - złapał narzędzia i podszedł do mojego Kawasaki.
-Pewnie wilczyca.
-Jakby inaczej. - uśmiechnął się. - Ale nie miałaś okazji jej poznać, Caroline jest...
-Zapracowana?
-Ma ostatnią klasę szkoły średniej. Stara się... świetnie zaliczyć testy końcowe dla dobrego dyplomu.
-Ambitna.
-A Ty? Coś skończyłaś?
-Nie. Opuściłam szkołę w drugiej klasie i poszłam do pracy, radziłam sobie.
-Co na to rodzice?
-Szanowali decyzje które podjęłam. - odparłam po dłuższej chwili.
   Dobrze mi się rozmawiało z każdym z nich... byli... tacy... życzliwi, mili...
   Gdy do środka wszedł Seth wyprostowałam się. Jednak nawet na mnie nie zwrócił uwagi. Odszedł na drugi koniec warsztatu.
-Ej! Seth! Zająłem się jej...
-Spoko, Jackson.
   Spojrzał na mnie i wzruszył dziwnie ramionami w geście niezrozumienia.
 -Co mu jest? - spytałam zdziwiona.
-Nie wiem, nie lubi nowych?
-Nie wiesz?
-Jest tajemniczy, zawsze był. Ale nie oceniaj go źle, jest świetnym bratem.
-To twój brat?
   Zaśmiał się, że nie zrozumiałam.
-Seth jak i wszyscy dla siebie jesteśmy braćmi.
-Ach... rozumiem... - spojrzałam na Setha i zmrużyłam oczy.
   O co mi chodzi...?


   Wieczorem na parkingu pod firmą zjawił się Bronx większym autem. Obserwowałam kto siedzi w środku, aż nagle wysiadł Richard Gecko, Cole Gecko i Louisa Vann. Dwóch braci i moja przyjaciółka... to był mój dawny zespół...
   Spoglądałam jedynie wątpliwie na Bronxa...
-Nie cieszysz się?
-Co oni tu robią?
-Przyjechali nam pomóc. Oni po naszym odejściu również się wycofali. Wszyscy poszli za nami.
   Piorunowałam wzrokiem wspólnika. Zrobił to specjalnie... żebym odsunęła się do wilkołaków.















-Cześć, Lil. - przywitał się Rich.
   Lou trzymała broń przy pasie a Cole obejmował ją... dużo się zmieniło.
-Jesteście razem? - spytałam.
-Tak. - odparła koleżanka.
-Zasady mieliśmy inne. - zaczęłam. - Żadnych romansów w grupie. To przeszkadza.
   Louisa przestała się uśmiechać i odsunęła się od Cole'a. Wiedziała, że powrót grupy to powrót do zasad... musieli zrobić sobie przerwę.
   Kiwnęłam głową.
-Mamy zgłoszenie w Seattle, grupa młodych wampirów pustoszeje hotel, tam się zatrzymali.
-Do dzieła.

   Na miejscu oczywiście złapałam Richa.
-Czemu mi pomagacie? - spytałam gdy reszta przygotowywała broń.












-Bronx...
-Nie prosiłam was o pomoc.
-Słuchaj... kiedyś się na nas zawiodłaś? Do końca walczyliśmy, prowadziliśmy sprawy... pomagaliśmy sobie. Byliśmy jedną z lepszych grup w Reptilianach. Jesteśmy jak rodzina.
-Ej, idziemy. - warknął Bronx.
   Spojrzeliśmy na siebie z Richem i weszliśmy.
-Idę pierwszy... - Cole złapał broń i szedł po schodach.
   Ja poszlam wraz z Bronxem. Byłam skupiona... poczułam sie jak dawniej...















-Uważaj, trzymajmy się planu. - szepnął do mnie.
   Louisa szła za nami. Była drobna i delikatna ale umiała pokazać, że ma jaja. Każde z nas było w czymś dobre. Ja jednak ciągle myślałam o wilkołakach... zaczynałam ich... lubić...? Jednak cel był nadal dla mnie ważniejszy... powoli planowałam kogo pierwszego odstrzelić... musiałam zrobić to z głową...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz