poniedziałek, 22 stycznia 2018

Od Ayo

   Złapałam mój czarny, szmaciany i poobdzierany plecak i ruszyłam po schodach prosto do drzwi. Była piąta rano, mama wstała by się napić wody. Stała tak w kuchni i obserwowała mnie, pędzącą do wyjścia. 
-A t...
-Nie wiem, kiedy wrócę. - wyprzedziłam ją tylko, przeczesałam długie, czarne włosy sięgające do pasa i związałam je pospiesznie w kucyka. 
  Szłam ulicą, z miną niezadowolonej z życia dziewczyny. Z najbardziej znudzoną miną wszechświata - a jednak - w duszy śmiałam się do niego. Kroczyłam twardo, ignorując spojrzenia sąsiadów. Mój wygląd nie był typowy dla - jak to mnie nazywają w szkole - murzyna. Byłam ciemniejsza, jakby moja skóra była w kolorze ciemnej, gorzkiej czekolady i taka też byłam. Nie czułam zbyt uczuć, jedynie do kogo - miłość do ojca. 
  Matka i owszem, zapewniała mi cudowne dzieciństwo i życie, za co jej będę wdzięczna do końca życia. Na swój sposób ją lubię - uwielbiam jej poczucie humoru, jej piękno, bo kazdy jest na swój sposób taki - była kobietą wspaniałą jak i wspaniałą matką. 
  A Nathan? Był kompletnym skurczybykiem i gnojem. Doceniał matkę jednak z ojcem sie nienawidził. Dla matki skoczyłby w ogień, jedank nie dla ojca. Nawet powieka by mu nie drgnęła. Niemożliwe do pojęcia? A jednak. Taka prawda. Poznałam go, ten idiota jest po prostu... właśnie, idiotą. 
   A masło jest maślane. 
  Uwielbiałam spacerować sama, w sobotnie poranki. Niedaleko był przecudny las, w którym pachniało po deszczu, było kolorowo, cicho i fantastycznie. Marzyłam, by kiedyś zaszyć sie w domku w górach, mieć taką... chatkę, oprócz swojego domu, w którym na co dzień bym urzędowała. 
  Usiadłam na mchu, obok konara grubego drzewa, oparłam się plecami i wpatrywałam w niebo. Mokra trawa i mech nie przeszkadzały mi, w końcu podobno jak mówią ludzie ''jestem z dziczy i jestem dziwadłem''. Mimo to serdecznie uśmiecham się do ludzi i witam się z nimi. Bo co? Nie będę porównywać się do nich i pokazywać, że te słowa mnie bolą - bo nie bolą. 
  Wyjęłam telefon, podpięłam słuchawki i wsłuchałam się w fantastyczny utwór Sia - Helium. Uśmiechnęłam się pod nosem, sama do siebie. Zaczynało powoli wychodzić słońce. Rodzicom nie przeszkadzało, że wychodzę i wracam kiedy chcę. Tata zawsze mówił do mnie ''kocie'', bo według niego byłam jak kot. Miałam swoje drogi, swoje humory, swoje przekonania i nikt nie potrafił ich zmienić. I co najważniejsze - wracałam kiedy chciałam.
  Nagle dostałam w twarz z liści i ktoś na mnie padł. Słyszałam w tle szczekanie Gorana, psa Nathana. Odepchnęłam go z lekkim uśmiechem, jednak zaraz zniknął gdy zobaczyłam jego tępy wyraz twarzy. Jego ciemne włosy roztrzepane na wszystkie strony, ubrany swobodnie, w jeansy i skórzaną kurtkę ojca. Goran szczekał jak oszalały, ten kundel... w prawdzie nie kundel... była to rasa rottweilera, wielkie, roczne psisko z rozdziawioną japą jak koń. Jednak uwielbiałam tego psiaka, objęłam go, gdy walnął sie na moje nogi dosłownie mi je miażdżąc.
-Co tu robisz, głąbie? - spytałam obserwując go wzrokiem mordercy. 
-A ty zawsze taka radosna? 
-Tak. Jakbyś chciał wiedzieć. Co tu robisz?
-A... wiesz... - zakłopotał się. - Jestem na spacerze z Goranem. - odparł luźno.
-Twoje wahanie nie gwarantuje autentyczności. 
-Nie interesuj sie, co ci do tego?
-Że okłamujesz rodziców. A Lucy? Gdzie twoja dziewczyna? Olewasz ją.
-Byłem u niej na noc.
-A, no widzisz? W ogóle mnie jednak twoje życie nie obchodzi. Jednak Lucy to moja przyjaciółka, więc ją zranisz a ja sprawię,że kastracja to będzie pikuś przy tym co ci zafunduję.
-Jak zwykle ostry język, nie, Ayo? 
-Spieprzaj. 
  Usłyszeliśmy wycie wilków. Dosyć przerażające, jednak mnie nie ruszyło. Goran polożył uszy po sobie a ja uniosłam brwi.
-Goran, ty byś te wilki jednym kłapnięciem potrzaskał.
  Nathan wyprostował się, i wstał. 
-Zaopiekuj się Goranem, musze na chwile lecieć...
-Co?! Dokąd, kretynie!? Nie wezmę tego bydlęcia ze sobą, on ciągnie...!
  Jednak on odbiegł szybko, a ja zostałam sama z bydlakiem... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz